Porządny bohater zawsze potrzebuje nemezis. Dla Björna Borga okazał się nim John McEnroe. Tenisiści stawali naprzeciw siebie 22 razy. Każdy z nich odniósł 11 zwycięstw, chociaż w turniejach wielkoszlemowych górował Borg (11:7).

Ale dla mediów stanowili wymarzoną pożywkę nie tylko przez wzgląd na statystyki. Szwed był wzorcowym herosem, Amerykanin – kongenialnym czarnym charakterem. Mitotwórcza batalia znalazła apogeum w finale Wimbledonu w 1980 roku, zdaniem wielu ekspertów – najlepszym meczu w dziejach tenisa. On też stanowi kulminację fabularnego debiutu duńskiego dokumentalisty Janusa Metza („Armadillo – wojna jest w nas”).

Zanim jednak dochodzi do starcia tytanów, reżyser buduje opowieść wokół ich życiorysów. Film otwiera scena z Björnem (Sverrir Gudnason) na balkonie luksusowego hotelu. Bohater w milczeniu kiwa się na balustradzie, pochmurnie patrzy na rozciągające się w dole bezkresne morze. Z jego spojrzenia od razu daje się wyczytać egzystencjalne utrapienie, w jego fizyczności jest pewien skandynawski stoicyzm, ale i Morrisonowska melancholia – skądinąd Borg cieszył się wówczas statusem równym gwiazdom rocka, był bywalcem słynnego Studio 54 i nie mógł się opędzić od nastoletnich fanek.

Jakiś czas później poznajemy Johna (Shia LaBeouf), nieokrzesanego narwańca, tak na korcie, gdzie rzuca rakietami, pomstuje na gołębie i bluzga na sędziego, jak i podczas telewizyjnego talk show czy konferencji prasowej, gdzie bezceremonialnie ruga dziennikarzy za pytania niedotyczące tenisa. A oni dalej podsycają atmosferę, bo przecież nie tyle o sport im chodzi, ile o wizerunek jankeskiego bad boya, idealny na efektowne tabloidowe nagłówki o walce żywiołów.

Metza nie interesuje jednak tania sensacja. Jego biograficzny film oczywiście podbija mit, ale zarazem poniekąd go dekonstruuje. W dwutorowej narracji i licznych retrospekcjach (młodego Borga gra jego syn Leo) reżyser buduje interesującą tezę, że giganci kortu wcale nie różnili się od siebie tak, jak przedstawiały to media, a wręcz charakterologicznie byli podobni, tyle że Borg nauczył się tłumić emocje tam, gdzie McEnroe je uzewnętrzniał. Obaj wszakże rozgrywali mecze przede wszystkim w swoich głowach i Metz kładzie duży nacisk na ten aspekt psychologiczny. „Każdy mecz jest życiem w miniaturze”, powiedział kiedyś Andre Agassi – i w optyce filmowych rywali tak to właśnie wygląda. Obaj muszą dojrzeć do zwycięstw, ale przede wszystkim do porażek. W jednej ze scen siadają nawet pod tablicą z wygrawerowanym cytatem z wiersza „Jeżeli” Rudyarda Kiplinga: „Jeżeli triumf i porażkę w życiu napotkane / Jednako przyjmujesz oba te złudzenia”.

Mimo to twórca nie poświęca równej uwagi obu bohaterom. Pod tym względem wpada raczej w schemat rodem z opowieści o Batmanie i Jokerze, gdzie protagonista zawsze rzekomo zasługuje na więcej czasu ekranowego niż (przeważnie ciekawszy) antagonista. Gundason gra bardzo dobrze, ale jego historia tonie w kliszach – młodzieżowy bunt, trener zastępujący ojca (Stellan Skarsgård), wspierająca narzeczona (Tuva Novotny) – swoją drogą trochę szkoda, że w wątku Mariany Simionescu nie została jakkolwiek zaakcentowana jej sportowa przeszłość: Rumunka w wieku 23 lat była już emerytowaną tenisistką.

LaBeouf tymczasem gra rolę życia – chociaż mniej fizycznie podobny do McEnroe’a niż Gudnason do Borna, to kumuluje w sobie całą energię filmu, jest niczym chodząca bomba z opóźnionym zapłonem, co działa także na poziomie metafilmowym: aktor doskonale odnajduje się w skórze temperamentnego McEnroe’a również dlatego, że rola pozwala mu zarazem odegrać samego siebie –  kontrowersyjnego gwiazdora, niepanującego publicznie nad emocjami. Nie ulega wątpliwości, że ta kreacja – jeszcze lepsza niż i tak już świetny występ LaBeoufa we wcześniejszym „American Honey” Andrei Arnold – przypieczętuje jego pozycję jako „poważnego aktora”.

Wszelkie fabularne skróty i dysproporcje przestają jednak mieć znaczenie w chwili, gdy dochodzi do finałowego meczu. Łatwo można wtedy zrozumieć, dlaczego turniej z 1980 roku zapisał się w historii tenisa złotymi zgłoskami. Dostajemy stylowo sfotografowany przez Neilsa Thastuma i perfekcyjnie zmontowany spektakl. Kamera krąży w szaleńczym tempie między Björnem i Johnem, pokazuje w przybliżeniach ich spocone, zacięte twarze, po czym wraca do planu ogólnego, obrazując wymianę piłek na przykład z lotu ptaka albo w slow motion. I nawet jeśli ktoś nie jest amatorem tenisa, musi w tym momencie poczuć ekscytację, bo całość nie ma nic wspólnego z telewizyjnymi relacjami, prędzej z „Rockym” lub „Wściekłym bykiem” Scorsesego. Metz filmuje tenis wściekle jak boks – rakiety zamiast rękawic, ale dynamika podobna – i tym samym znajduje klucz do sukcesu.

„Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem”; Szwecja/Dania/Finlanda 2017; reżyseria: Janus Metz; dystrybucja: Best Film; czas: 107 min