"Strefa interesów"

Niepisanie byłoby być może najwłaściwsze. W końcu filmy Jonathana Glazera ("Sexy Beast", "Narodziny", "Pod skórą") nie są opowieściami w klasycznym rozumieniu, to bardziej instalacje artystyczne. Widz ma doświadczać, nie tylko oglądać. I "Strefa interesów" potwierdza tę tezę najbardziej radykalnie ze wszystkich dzieł brytyjskiego reżysera.

Reklama

Paradoksalnie oscarowy rozgłos tylko tu szkodzi. Masowy odbiorca nie oczekuje w kinie ćwiczeń intelektualnych i rozczarowanie jest nieuniknione. Niepocieszeni będą również ci, którzy dadzą się nabrać, że idą na adaptację powieści Martina Amisa. Obraz ma tyle wspólnego z książką, co serialowi "Mr. & Mrs. Smith" z oryginalnym filmem. Tytuł i punkt wyjścia.

Ale i większość krytyków zachowuje się, jakby najsłynniejszą myśl Hannah Arendt odkrył dla dużego ekranu dopiero Glazer. Jakby całe kino Zagłady nigdy się nie wydarzyło. Zresztą nie chodzi tylko o filmy o Holokauście, przykłady można mnożyć, od "Krótkiego filmu o zabijaniu" Kieślowskiego, przez twórczość Peele'a, po "Zło nie istnieje" Rasoulofa. Czy, żeby daleko nie szukać, "Czas krwawego księżyca" Scorsesego.

"Strefa interesów" mówi nie tyle o banalności zła, ile o biurokracji zła. Akcja rozgrywa się u progu "ostatecznego rozwiązania" i komendantowi Auschwitz-Birkenau, Rudolfowi Hössowi, bardzo zależy na zwiększeniu wydajności "produkcji", jak sam nazywa swój krematoryjny "biznes". Höss naprawdę zachowuje się jak właściciel fabryki, kiedy na spotkaniu z przedsiębiorcami we własnym domu omawia nowe technologie spalania.

W tym czasie jego żona Hedwig pieczołowicie pielęgnuje ogród dzielący ścianę z obozem koncentracyjnym nadzorowanym przez Rudolfa i nawożony popiołem z ludzkich szczątków. Hedwig pochodzi z klasy robotniczej, jej matka była sprzątaczką w bogatej rodzinie żydowskiej. Ale liczy się "tu i teraz", a tu i teraz Hedwig jest "królową Auschwitz". I spełnia marzenie o willi z basenem. Beztrosko bawi się z dziećmi, przyjmuje gości. Nikt zdaje się nie słyszeć niepokojących krzyków i sporadycznych strzałów za murem, nie widzieć dymu wydobywającego się z kominów. To po prostu część codziennej rutyny rodziny Hössów.

Reklama

W tak zmechanizowanym, amoralnym świecie siłą rzeczy nie może być miejsca na melodramat i patos znany z "Listy Schindlera" Spielberga czy "Pianisty" Polańskiego. Nie ma też dobrych, empatycznych Niemców. Glazer zupełnie odwraca perspektywę, kierując kamerę na prywatną sielankę oprawców. Przy czym kontrast jest również czysto wizualny, bo o ile u Spielberga sławetna dziewczynka w czerwonym płaszczyku symbolizowała niewinność i nadzieję, tak w "Strefie interesów" czerwień kwiatów jest odpychająca, zbrukana, dająca świadectwo degrengoladzie osób wnikliwie doglądających rabatek w obliczu ludobójstwa za murem.

Skądinąd motyw czerwieni powraca w filmie niejednokrotnie. Na przykład w scenie, w której kamera Łukasza Żala zatrzymuje się na pąku jednego z kwiatów Hedwig, a po chwili cały kadr wypełnia barwa czerwona przy akompaniamencie nieznośnej kakofonii, po czym momentalnie następuje cisza, a obraz staje się czarny. Czemu służy ten eksperyment formalny, jeśli nie symbolicznemu zatarciu granic między czerwienią a czernią? A jaki kolor będzie pośredni między tymi barwami? Oczywiście - brunatny.

Glazer idzie jeszcze dalej, konfundując widza choćby baśniowymi sekwencjami z dziewczynką dostarczającą żywność więźniom, nakręconymi kamerą termowizyjną. Niemniej żaden obraz nie robi takiego wrażenia, jak to, czego nie widać. Jak to, co poza kadrem, sugerowane odgłosami wrzasków, szczekania psów czy industrialnym hałasem "fabryki". Inżynierowie dźwięku Johnnie Burn i Tarn Willers oraz kompozytorka Mica Levi odegrali kluczową rolę w kreowaniu horroru sytuacji.

Niezwykle naturalnie odnaleźli się w tym również aktorzy, niemal drażniąco powściągliwi Christian Friedel i Sandra Hüller, zachęcani na planie do improwizacji i filmowani niekiedy z ukrycia. Ich Hössowie są wyjątkowi w swej obojętności na okrucieństwo, a zarazem do bólu uniwersalni w swym zajmowaniu się własnymi sprawami. Ostatecznie takich obozów jak Auschwitz było ponad 44 tysiące. Ile zatem było takich niemieckich rodzin? A nieniemieckich? Przecież nagminnie ignorujemy krzyki sąsiadów.

Trwa ładowanie wpisu

Gdzie zobaczyć: w kinach