"Kos"

Polskie kino historyczne próbował już przed dekadą przewietrzyć Jan Komasa w "Mieście 44". Jakież się wtedy posypały na niego gromy za "sprofanowanie" męczeństwa powstańców pocałunkiem w bullet-timie i seksem w rytm dubstepu. A był to po prostu nowoczesny język filmowy. Młoda popkultura rzucająca wyzwanie nobliwemu patosowi.

Reklama

Reżyser "Kosa" Paweł Maślona i scenarzysta Michał A. Zieliński podobnie podchodzą do materii twórczej. Wiedzą, że historia nie jest obiektywna i jednowymiarowa. Ale przede wszystkim dostrzegają potencjał drzemiący w samej wyjątkowości Kościuszki. Potencjał na bohatera praktycznie każdego gatunku filmowego.

Skądinąd filmowcy nieunurzani w martyrologii zdają sobie z tego sprawę nie od dziś. Już przedwojenny "Kościuszko pod Racławicami" Józefa Lejtesa był bardziej melodramatem niż filmem historycznym, koncentrując się na wątku nieszczęśliwie zakochanego porucznika Jana Milewskiego.

Maślona stawia na jeszcze większy miszmasz: western, thriller "home invasion" i czarną komedię. I u niego Kościuszko (Jacek Braciak) też jest głównym bohaterem tylko nominalnie. Pierwsze skrzypce gra tak naprawdę szlachecki bękart Ignac (Bartosz Bielenia), chłop dążący za wszelką cenę do uwzględnienia w testamencie ojca (Andrzej Seweryn).

Akcja rozgrywa się tuż przed insurekcją kościuszkowską, gdy generał wraca do kraju w towarzystwie czarnego adiutanta Jeana Lapierre'a, w filmie występującego wyłącznie pod pseudonimem Domingo (Jason Mitchell znany z "Mudbound" czy "Straight Outta Compton"). Po piętach depcze im rosyjski rotmistrz Dunin (Robert Więckiewicz), a schronienia udziela waleczna Pułkownikowa (Agnieszka Grochowska).

Reżyser brawurowo prowadzi narrację i utrzymuje napięcie. Inscenizacja robi duże wrażenie, podobnie jak dynamiczny montaż Piotra Kmiecika czy dopracowane kostiumy Weroniki Orlińskiej.

Reklama

Rzeczywiście kapitalnie wypada w swej demonicznej roli powszechnie chwalony Więckiewicz, filuternie bawiący się (i nas) akcentem i finalnie przekuwający pozornie zbyt groteskową charakteryzację autorstwa Anety Brzozowskiej na swoją korzyść. Znakomici są Bielenia oraz Piotr Pacek jako przyrodni brat i zarazem pan Ignaca, Stanisław Duchnowski. Świetne i rzucające wyzwanie stereotypom epoki są role kobiece: Grochowskiej oraz Matyldy Giegżno jako Pocztylionki.

Aktorską rewelacją filmu pozostaje jednak Braciak w najlepszej roli od lat. Jest w niej symultanicznie łagodny i zdeterminowany. Nietrudno uwierzyć, że tak właśnie mógł prezentować się człowiek wyprzedzający swoje czasy nie tylko zmysłem militarnym, ale i empatią. Człowiek, który wykluczonych widział w polskich chłopach, amerykańskich niewolnikach, ale i kobietach w życiu publicznym. I to wszystko u Maślony wybrzmiewa.

Najlepsze bowiem, że "Kos" to nie tylko efektowny popis stylistyczny mający udowodnić brak kompleksów wobec Zachodu. Za sprawą zestawienia losów Ignaca i Dominga zgrabnie i nienachalnie zostają też zarysowane analogie między niewolnictwem a pańszczyzną. Jest również konfrontacja z polską mentalnością i zupełnie współczesna tęsknota za wspólnotą, zjednoczeniem.

Wszystko to sprawia, że "Kos" jest nie tyle lekcją historii, ile lekcją krytycznego myślenia. Twórcy rozumieją, że kluczem do udanego filmu biograficznego czy też historycznego nie jest wcale dążenie do prawdy za wszelką cenę. Od tego mamy Google. Magia srebrnego ekranu powinna zaś służyć czemuś znacznie bardziej szlachetnemu: próbie zrozumienia fenomenu danej postaci poprzez uchwycenie jej mitu. Legendy, która - niczym u kosów wędrownych - wzbogacona o kreatywne zapożyczenia może być tylko ciekawsza.

Trwa ładowanie wpisu

Gdzie zobaczyć: w kinach