"1670"

Jakub Rużyłło wygrywa, bo chwyta esencję ponadczasowej polskości podobnie błyskotliwie jak niegdyś Marek Koterski. W tym sensie rozłożony na osiem półgodzinnych odcinków serial "1670" staje się duchowym spadkobiercą "Dnia świra" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".

Reklama

Natomiast w niemal każdym innym aspekcie to produkcje różne jak ogień i woda czy - ujmując rzecz bardziej dosadnie - wieś i miasto. Reżyserowany sprawnie przez Macieja Buchwalda i Kordiana Kądzielę mockument, czyli udawany dokument, prezentuje w dużej mierze zdecydowanie pogodniejszy typ humoru niż tragikomedie Koterskiego, choć chwilami równie czarny, a wręcz sadystyczny (odsyłam do kulminacji polowania z siódmego odcinka).

Akcja serialu rozgrywa się wprawdzie w XVII wieku, ale szlachcic Adamczewski (perfekcyjnie obsadzony Bartłomiej Topa), który pragnie zostać "najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski", staje przed doskonale nam znanym problemami współczesnego świata. Żona Zofia (Katarzyna Herman), pozornie oziębła i zdewociała do imentu, skrywa mroczne sekrety. Pierworodny Stanisław (Michał Balicki) nie chce przejąć rodzinnego biznesu; interesują go tylko dziewczęta i gra w zespole. Młodszy Jakub (kapitalny Michał Sikorski) jest z kolei księdzem ze smykałką do interesów. Córka Aniela (świetna Martyna Byczkowska) jest protofeministką, która sprowadza na rodzinę widmo mezaliansu, kiedy zakochuje się w poczciwym litewskim chłopie (Kirył Pietruczuk).

Na najbardziej oczywistym poziomie "1670" parodiuje społeczeństwo polskie sprzed paru wieków, choć bynajmniej nie ogranicza się do "beki z zacofania". Bohaterowie co rusz burzą "czwartą ścianę", zwracając się bezpośrednio do widzów, co bywa źródłem komizmu samo w sobie.

Reklama

Owszem, niekiedy Jakub Rużyłło przypomina, że wcześniej popełnił scenariusze do polskiego "The Office" i "Kryptonimu Polska", ale liczba przestrzelonych żartów na bazie memów jest na szczęście znikoma.

Ujmują żarty w tle, scenografia jest pełna pomysłowych akcentów, jak prototypy smartfonów czy syreny karetki pogotowia. Niespodziewanie bawi genialne pożenienie ogranej, zdawałoby się, parodii "Egzorcysty" z "bezstresowym wychowaniem". Jest w tym jednak szerszy zamysł, bowiem właśnie najjaskrawiej i zarazem najdowcipniej przebija się przekaz, że problemy zarówno rodzinne, jak i społeczne pozostają niezmienne od stuleci. Na celowniku są i wszelkie drobne przywary, i jawna ksenofobia, kwestie rozmaitych mniejszości, ale i zmiany klimatyczne. Co istotne, cały czas czuć, że twórcy mają mnóstwo empatii dla swoich postaci, od nękanych chłopów pańszczyźnianych, co naturalne, po wrednych szlachciców - co już nie takie oczywiste. Stąd też nierzadko łapiemy się na tym, że kibicujemy antybohaterom, co niuansuje całą satyrę.

W serialu dominują żarty językowe i nie da się ukryć, że wyrażenia typu "szlachta nie pracuje", "swój chłop" i wiele innych idiomów czy kolokacji nie będzie zrozumiałych pod każdą szerokością geograficzną. W związku z tym "1670" z pewnością nie stanie się towarem eksportowym, jak inne utwory powstałe na fali nowej chłopomanii: "Znachor", "Chłopi" czy "Kos". Ale to właśnie ten moment, kiedy polskość absolutnie nie jest wadą. Nasz ci on!

Trwa ładowanie wpisu

Gdzie zobaczyć: Netflix