Sebastián Lelio znów upomina się o kobietę z marginesu życia społecznego. Starzejącą się rozwódkę z „Glorii” zastąpiła młoda transseksualistka, wrażliwość twórcza pozostała ta sama. W kinie Chilijczyka jest coś z Almodóvara i trochę z Pabla Larraína, skądinąd producenta „Fantastycznej kobiety”. Film Lelio w pewnym stopniu przypomina „Jackie” Larraína, inne przenikliwe studium kobiecej straty.

Tak jak za Jackie Kennedy, za Marinę Vidal z „Fantastycznej kobiety” też każdy chce decydować, jak ma przeżywać żałobę, jak się zachować, gdzie i kiedy się pokazać lub przeciwnie – zniknąć z pola widzenia. Kontekst jest jednak zgoła inny, jak inne są światy obu kobiet: Marina to kelnerka i piosenkarka z nocnego klubu w Santiago, a przy tym osoba transpłciowa; wyobcowanie nie zostało przez nią „nabyte”, jak w przypadku prezydentowej, lecz poniekąd „wrodzone”, wpisane w dowód, w którym wciąż widnieje jej stare, męskie nazwisko.

Brzmi jak kolejny ciężki dramat o poszukiwaniu własnej tożsamości, ale reżyser od początku nie daje swojej bohaterce wpaść w schemat. Marinę poznajemy w romantycznych okolicznościach, kiedy to dużo od niej starszy partner Orlando (Francisco Reyes, znany z „El Club” i „Nerudy” Larraína) zabiera ją na kolację i tańce z okazji urodzin. Co nietypowe, Lelio od razu ustawia relacje pary jako najzupełniej naturalne, całkowicie wyzute z optyki transgenderowej, ot, związek dwojga zakochanych ludzi. Kamera patrzy na Marinę oczami zadurzonego Orlanda, w serii zbliżeń i nieostrych ujęć sugestywnie obrazuje afekt mężczyzny.

Później jest seks, namiętny i euforyczny. A potem jest śmierć, banalna i przyziemna. Tętniak jakby złośliwie czekał, by popsuć ten wieczór. I nie tylko ten, bo w jednej chwili zmienia się całe życie Mariny, która odtąd będzie zmuszona zawalczyć o najbardziej podstawowe prawa: do godności, intymności, żałoby. Już w szpitalu traktowana jest jak dziwadło i kryminalistka, ale wrogo nastawiona służba zdrowia i policja to jeszcze nic w porównaniu z rodziną zmarłego, przez którą bohaterka napiętnowana jest podwójnie – jako młodsza kochanka i osoba transseksualna.

Bo czy Marina to dziewczyna? Kolejne transfobiczne instytucje i postaci na drodze bohaterki poddają to w wątpliwość, ale reżyser żadnych obiekcji nie ma, tak jak nie miał ich Orlando i sama zainteresowana, która walczy nie tyle o własną tożsamość – bo tej jest pewna – ile o niepostrzeganie jej osoby wyłącznie przez pryzmat genderu. Bardziej przewidywalny scenariusz kazałby bohaterce w każdej jednej scenie konfrontacji tłumaczyć się ze swoich uczuć i wyborów życiowych, ale tutaj nic takiego nie następuje. Marina nie czuje się zobowiązana usprawiedliwiać przed kimkolwiek i nawet gdy była żona Orlanda wyzywa ją od „chimer”, a syn nieboszczyka – od „pedałów”, zachowuje zimną krew i powściągliwe, pełne szacunku do samej siebie milczenie. Co zamiast opamiętać agresorów, jeszcze potęguje ich gniew, ale jak wiadomo – co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Odświeżające też, że zmagań Mariny o możliwość uczestnictwa w pogrzebie nie determinuje jakiś natchniony, wielki poryw serca, lecz jak najbardziej przyziemne pragnienie zostawienia pewnego etapu za sobą i pójścia dalej. Ale czy ta cała katartyczna podróż się powiedzie i zakończy na scenie – wszak nie zapominajmy, że bohaterka jest piosenkarką – to już nie jest takie oczywiste, jak w „Vivie” Paddy’ego Breathnacha.

Muzyka w ogóle stanowi duży atut filmu – elektroniczne kompozycje czołowego przedstawiciela microhouse’u, Matthew Herberta („Human Traffic”), przywodzą na myśl pełne dysonansów i chropowatości ścieżki Bernarda Herrmanna, i doskonale współgrają z obrazem. Ten z kolei zachwyca od pierwszego ujęcia – operator Benjamin Echazarreta bezbłędnie oddaje cały wachlarz emocji targających bohaterką, zarówno w scenach dojmująco realistycznych, jak i radośnie fantasmagorycznych, ukazujących Marinę jako diwę wśród orgii kolorów. Zwraca uwagę ciekawe operowanie saturacją i fragmentowanie przestrzeni, w tym szczególne wykorzystanie szyb, luster i witryn sklepowych, w których częstokroć odbija się „podwójne” jestestwo bohaterki. W jednej z najbardziej fascynujących scen kamera prześlizguje się od planu ogólnego do ujęcia między nogami siedzącej w wannie Mariny. Widzimy wówczas nie genitalia, lecz twarz bohaterki odbitą w okrągłym lusterku – obraz mówi wszystko, słowa są zbędne.

Film nie robiłby jednak takiego wrażenia, gdyby nie wspaniała kreacja transseksualnej Danieli Vegi. Początkująca aktorka, dla której to dopiero drugi występ kinowy i pierwsza rola główna, zawłaszcza ekran w takim stopniu, jakby film był jej monodramem. Jest w Vedze coś ze zmysłowości i siły Sonii Bragi z „Aquariusa”, kolejnego portretu bezkompromisowej kobiety niedającej się wpisać w żaden schemat. Z tym że Vega olśniewa nie tylko zniuansowaną grą, ale i głosem, samodzielnie wykonując zarówno arię Giacomellego „Sposa son disprezzata”, notabene o pogardzanej żonie, jak i szlagier Arethy Franklin „(You Make Me Feel Like) A Natural Woman”.

Wonder Woman, Gender Woman, Natural Woman – koniecznie idźcie do kina poznać tak fantastyczną kobietę.

„Fantastyczna kobieta”; Chile 2017; reżyseria: Sebastián Lelio dystrybucja: Gutek Film; czas: 104 min