Todd Solondz, reżyser "Życia z wojną w tle", jest dzisiaj jednym z najciekawszych obserwatorów amerykańskiej obyczajowości. Ameryka portretowana przez Solondza jest państwem strachu i występku, beznadziei i przerażenia. Rajem na ziemi dla frustratów, zboczeńców i neurotyków.

Tytułowa wojna z najnowszego filmu Solondza ma podwójne znaczenie. Chodzi o wojnę rzeczywistą – choćby stacjonowanie wojsk amerykańskich w Iraku, konflikty na Bliskim Wschodzie czy sankcje wobec krajów Ameryki Południowej, przede wszystkim jednak film traktuje o permanentnym stanie wojennym wewnątrz społeczeństwa amerykańskiego.

Solondz wpadł na bardzo ciekawy pomysł. "Życie z wojną w tle" jest kontynuacją losów bohaterów jednego z najgłośniejszych filmów reżysera – "Happiness" z 1998 roku. Ale w tym quasi-sequelu ich role przejęli inni aktorzy. Spotykamy ich bowiem w nowym momencie życia. Minęła cała nieskończenie długa dekada bólu, udręki i histerii. Solondz nie jest jednak okrutnym diagnostykiem, tylko wyrozumiałym psychiatrą. Pokazuje rany, nie dając w zamian remedium. Cierpimy. Będziemy cierpieć. To nieuniknione.

Bohaterowie "Happiness" nie zmądrzeli. Wcale nie wyszli na prostą. Mąż Joy wciąż dzwoni do nieznajomych kobiet; Trish rozstała się wprawdzie w mężem pedofilem, ale nie jest w stanie udźwignąć relacji normalnego związku; trzecia z sióstr, Helen, rozmienia talent na drobne. Była artystką, teraz jest celebrytką.

W filmie oglądamy zachowania ludzi dysfunkcyjnych, którzy nie pamiętają o własnym wyobcowaniu. Raczej trwają, niż żyją, nie stać ich nawet na poważniejszą refleksję, która mogłaby zmienić stan permanentnego przygnębienia. Jedynie dziecko, chłopiec Bill, ma siłę na sformułowanie podstawowych pytań. Dlaczego dorośli cierpią, dlaczego płaczą?


"Życie z wojną w tle" zachowuje charakterystyczne cechy reżyserskiego stylu Solondza. Jest filmem błyskotliwym w warstwie dialogowej, odważnym obyczajowo, politycznie niepoprawnym.

Kiedy oglądałem ten tytuł podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu, wyrobiona publiczność festiwalowa była zachwycona prowokacjami reżysera, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest to humor adresowany do każdego.

Pewnym novum jest także zmiana ogólnej tonacji. Twórca "Palindromów" jest tym razem rozczarowany rzeczywistością (również polityczną). Dziesięcioletnia rama dzieląca powstanie "Happiness" od "Życia z wojną w tle" określa zmianę mentalności reżysera. W "Happiness" mimo wszystko obowiązywała tonacja afirmatywna. Sceptyczny, ironiczny autor wierzył w tytułowe "Szczęście". W "Życiu z wojną w tle" nie ma żadnych złudzeń.

Rzeczywistość była i będzie ordynarna i magmowata, a jedyną formą naszej obrony jest postawa sceptycznego obserwatora funkcjonującego w ramach przyjętej normy społecznej, ale równocześnie szydzącego ze wszystkich racjonalnych obywatelskich prawideł. Po prostu warto być czujnym. Wojna w tle obowiązuje również na czas pokoju.

ŻYCIE Z WOJNĄ W TLE | USA 2009 | reżyseria: Todd Solondz | dystrybucja: Monolith