Dziennik Gazeta Prawana logo

Mój syn, potwór metaforyczny

1 maja 2011, 00:36
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Kornel Mundruczo jako "Łagodny potwór"
Kornel Mundruczo jako "Łagodny potwór"/Media
W "Łagodnym potworze" Kornel Mundruczo bawi się w filmowego demiurga, ale jednocześnie przyznaje się do artystycznej niemocy.

To nie będzie łagodny seans. Już sama sceneria skąpanego w zimowej szarości Budapesztu wystarczy, by wywołać ciężką depresję. Kornel Mundruczo idzie w swojej wizji znacznie dalej. Wielkomiejski pejzaż zaludnia bohaterami o ogorzałych twarzach i prymitywnych umysłach. Przepełniająca film brzydota wcale jednak od niego nie odrzuca. W połączeniu z enigmatyczną fabułą nawiązującą do klasycznego "Frankensteina" ma w sobie zaskakujący magnetyzm.

Mundruczo podszedł do literackiego klasyka bez kompleksów. Zamiast krwawego horroru nakręcił sprawny dramat psychologiczny. W uwspółcześnioną wariację na temat powieści Mary Shelley wpisał obsesje, które zdominowały jego wcześniejsze dzieła. Ponownie zajął się problemem upadku rodziny.

W "Łagodnym potworze" Mundruczo opowiada historię przypadkowego spotkania pewnego reżysera i jego nieślubnego syna. Udowadnia, że filmowy ojciec staje się kimś w rodzaju nowego Viktora Frankensteina. Nie chcąc rezygnować z własnych ambicji, mężczyzna przed laty stłumił w sobie rodzicielskie uczucia. W ten sposób bezwiednie stworzył pozbawione ludzkich odruchów monstrum. Podsuwając nam zaskakujący trop interpretacyjny, Mundruczo zdradza talent do gry z oczekiwaniami widza. Sprawia, że wyraźne moralne granice ulegają w jego filmie stopniowemu zatarciu. Pozornie wrażliwy artysta okaże się samolubnym cynikiem, a metaforyczny potwór nie wzbudza nienawiści, lecz współczucie.

Przy całej swojej oryginalności "Łagodny potwór" nie daje się łatwo polubić. Większość jego potencjalnych zalet równie dobrze można uznać za słabości. W filmie Mundruczo intrygująca fabuła ociera się o pompatyczny kicz, a nastrojowy minimalizm ustępuje czasem miejsca zwyczajnej nudzie. Elementem, który ostatecznie odróżnia prawdziwe dzieło od jego imitacji, okazuje się dopiero szczery autotematyzm.

Obsadzenie samego siebie w roli apodyktycznego reżysera wymagało od Kornela Mundruczo sporej odwagi. Węgierski twórca pośrednio przyznaje się w ten sposób do własnej artystycznej niemocy. Doskonale widać to w scenie filmowego castingu. Mundruczo w tragikomiczny sposób użera się z pozbawionymi talentu amatorami. Zmuszając ich do emocjonalnego ekshibicjonizmu, w najlepsze bawi się w demiurga. Niespodziewane pojawienie się "potwora" brutalnie obnaża jednak iluzoryczność jego władzy. Zaaranżowana w ramach castingu sytuacja wymyka się spod kontroli i zostaje zwieńczona autentyczną tragedią. Tej sceny nie da się nakręcić od nowa ani usunąć przy montażu. Można wyłączyć kamerę. Jest już bezużyteczna.

ŁAGODNY POTWÓR – PROJEKT FRANKENSTEIN | Węgry, Niemcy, Austria 2010 | reżyseria: Kornel Mundruczo | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 105 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj