Trudno się dziwić, że początkowo projekty wyszczekanego chłopca były przyjmowane z rezerwą. Producenci pukali się w czoło. Kiedy ma się szesnaście, siedemnaście lat, trzeba zabrać się do nauki, nie do kina – powtarzano. Ale Dolan był uparty i dzięki determinacji nakręcił debiutancki film "Zabiłem moją matkę". Kiedy ten niskobudżetowy tytuł, bez jednego znanego nazwiska w czołówce, został nie tylko zaproszony na festiwal do Cannes, ale wyróżniony tam trzema nagrodami – w tym Prix Regards Jeune – do młodego reżysera ustawiła się kolejka potencjalnych inwestorów. „Wyśnione miłości” powstały rok później. Tym razem dzieło Dolana pokazano w Cannes w prestiżowym "Un Certain Regard".

Xavier Dolan nie startował w branży kinowej jako kompletny neofita. Był aktorem dziecięcym, występował w wielu filmach i serialach. Zasmakowawszy w karierze reżyserskiej, nie zrezygnował z grania u innych. W zeszłym roku – w kryminale "Dobrzy sąsiedzi" Jacoba Tierneya.

Taki film jak "Zabiłem moją matkę" można nakręcić tylko jeden raz w życiu. Jego siła rażenia polega na bezwzględnej szczerości. O wiecznych problemach nastolatków wkraczających w dorosłość z reguły opowiadają twórcy co najmniej o pokolenie starsi. Z bagażem doświadczeń, które przefiltrowały ich ambicje, bunty i nadzieje, są innymi ludźmi niż w momencie przeżywania wszystkiego po raz pierwszy. Różnica między statusem szesnastolatka a – powiedzmy – dwudziestokilkulatka jest gigantyczna. To cała epoka.


Dolan, kręcąc "Zabiłem moją matkę", na szczęście jeszcze nie zmądrzał, nie wystudził zapału, nie zapanował nad emocjonalnością. Jego film jest przede wszystkim szczery: chwilami banalny, chwilami dotkliwy i głęboki. Reżyser, który obok wspaniałej Anne Dorval gra w filmie główną rolę, nie chce udawać osoby dojrzałej, odpowiedzialnej i rozważnej. Jest bezczelny, niesprawiedliwy w ocenach, stale rozdrażniony. Zero skupienia, żadnego dystansu. Ale takie są właśnie prawa młodości.

Również tytuł trzeba traktować jako młodzieńczą prowokację. Jeżeli kogokolwiek w tym filmie morduje, to jedynie złe-dobre wspomnienia rodzinnego piekła-nieba, które zazwyczaj zakrywa woal dyskrecji. Xavier Dolan (w filmie występuje jako Hubert) wciąż się buntuje. Wrogiem numer jeden staje się samotnie wychowująca go matka. Chantale kocha syna, opiekuje się nim, ale kompletnie nie rozumie chłopca. Tkwi w świecie ulubionych seriali, cotygodniowych wizyt w solarium, niemodnych garsonek. Kiedy synek uparcie wykrzykuje pod jej adresem najbardziej upokarzające inwektywy, czasami w rewanżu wybuchnie, ale raczej na odczepnego. Do pewnego stopnia przypomina osobę autystyczną. Czujemy, że bardzo cierpi, ale kompletnie nie potrafi tego pokazać.

Xavier Dolan traktuje ten film jako autoterapię. Odreagował nim najbardziej traumatyczne refleksy z dzieciństwa. Tęsknotę za ojcem – znanym aktorem, Samuelem Tadrosem, odkrywanie homoseksualizmu, trudne relacje z matką, ucieczki z domu, wagarowanie. Autobiograficzny charakter mają również "Wyśnione miłości". Na razie ów egocentryczny patent sprawdza się doskonale, ale prawdziwym testem sprawności reżyserskiej Dolana będzie przeskoczenie ze statusu filmowego "narcyza z jedną krostą" (cytat z Evelyna Waugha) do pozycji autora, którego horyzont dostrzega więcej niż czubek własnego, choćby nie wiem jak urodziwego noska.

ZABIŁEM MOJĄ MATKĘ | Kanada 2009 | reżyseria: Xavier Dolan-Tadros | obsada: Anne Dorval, Xavier Dolan-Tadros | dystrybucja: Tongariro Releasing | czas: 96 min