Lady Bird” nie jest fanaberią popularnej aktorki, która postanowiła spróbować swoich sił w po drugiej stronie kamery. Greta Gerwig już wcześniej miała na koncie świetne scenariusze pisane do filmów swojego partnera Noah Baumbacha („Frances Ha” i „Mistress America”), z ikoną kina mumblecore Joe Swanbergiem współreżyserowała „Noce i weekendy”. Ale „Lady Bird” jest jej samodzielnym debiutem. Zasłużenie nominowanym do Oscara, bo to skromne, ujmujące, perfekcyjnie skrojone i dojrzałe kino.

Tytułowa bohaterka Christine „Lady Bird” McPherson jest uczennicą katolickiego liceum. Ma siedemnaście lat i niezbyt chętnie dostosowuje się do obowiązujących reguł. Ale jej bunt jest nie tylko sprzeciwem wobec rzeczywistości, lecz przede wszystkim wobec matki, która – przynajmniej zdaniem Lady Bird – jest apodyktyczna, niecierpliwa, a na dodatek niczego nie rozumie. Już w pierwszej scenie dziewczyna, by przerwać matczyną tyradę, wyskakuje z jadącego samochodu i łamie rękę. W tym geście – zaskakującym, a jednocześnie makabrycznie zabawnym – nie ma jednak skłonności do autodestrukcji. Za to jest od razu wyraźnie zarysowany konflikt: Lady Bird i Marion nie mają szans, by się dogadać. A choć w ich relacji jest miejsce na miłość, dominują w niej drobne złośliwości, nieustanne kłótnie i nieporozumienia. Nawet idylliczne i beztroskie sytuacje, jak wybieranie sukienki w sklepie, mogą prowadzić do kolejnej awantury. Gerwig – choć nie ukrywa, że „Lady Bird” jest w znacznym stopniu historią autobiograficzną – nie bierze zresztą strony żadnej ze swoich bohaterek. Jest świadoma, że obie nie są bez winy. To nie tylko rodzice nie potrafią zrozumieć swoich dzieci (tak przynajmniej uważa bodaj każdy nastolatek w dziejach świata), lecz również dzieci nie są w stanie zrozumieć swoich matek i ojców, ich rozterek i życiowych problemów.

Ów konflikt matki i córki Gerwig rysuje delikatną kreską, w czym pomagają fenomenalne role Saoirse Ronan i Laurie Metcalf, uhonorowane oscarowymi nominacjami. To nie psychodrama, której bohaterowie wyrzucają sobie winy i piętnują błędy, ale spojrzenie szczere, pełne empatii i niewymuszonego humoru. Gdzieś na końcu tej drogi czeka przecież wzajemne zrozumienie, choć droga do niego jest być może kręta i wyboista.

A przy okazji Gerwig, niejako mimochodem, tworzy wiarygodny portret rodziny w chwili kryzysu (doskonały jest Tracy Letts w roli bezrobotnego ojca Lady Bird), na dodatek kątem oka obserwując Amerykę w przełomowym momencie – tuż po atakach z 11 września, ale jeszcze przed ostatnią recesją. Lecz przede wszystkim „Lady Bird” jest filmem o dojrzewaniu, o miłosnych sukcesach i rozczarowaniach, o pozornie bezdennej przepaści dzielącej wiek szczenięcy od dorosłości i tej dręczącej duszę konieczności dokonywania poważnych życiowych wyborów. Ten cudowny, piekielnie trudny okres wspomina bez fałszywej nostalgii, lecz także bez moralizowania i poczucia wyższości wobec swoich bohaterów. Gerwig kocha ich równo: z ich niezdecydowaniem, brawurą, nonszalancją, młodzieńczą bezmyślnością i naiwnością. I choć snuje bardzo osobistą opowieść, odwołuje się przy tym do uniwersalnych doświadczeń i emocji. Oglądając jej film miałem wrażenie, że siedemnastoletni ja, dorastający w połowie lat 90. na warszawskim blokowisku, i Lady Bird z przedmieść Sacramento dogadaliby się bez trudu.

„Lady Bird”, USA 2017, reżyseria: Greta Gerwig, dystrybucja: UIP