Kiedy w kinach triumfy święcił "Avatar" Camerona, niektórzy uważali, że technologia 3D stanie się przyszłością filmu. W prasie filmowej (tak, było u nas kiedyś coś takiego) trwały ożywione dyskusje na ten temat, a resentymenty z przeszłości walczyły o palmę pierwszeństwa ze zdroworozsądkowymi argumentami. Balon szybko pękł, marzenia okazały się mrzonkami, a 3D wciąż pozostaje jedynie folklorem, urozmaiceniem repertuaru, i nikt już chyba nie podejrzewa, że trójwymiar stanie się technologią progresywną dla sztuki filmowej.

Jeżeli przywołuję teraz egzaltowane wyznania prasowe sprzed raptem sześciu lat, to tylko dla jednej z wielu zabawnych dyskusji na ten temat. Prowadziłem wówczas ze znajomym ożywioną debatę, której celem było udowodnienie wyższości porno w 3D nad analogiem. No i wreszcie mamy, w końcu się spełniło. Wzwód razy trzy.

"Love" Gaspara Noégo miał być skandalem, ambitny reżyser przecież to uwielbia. Jak Marlena Dietrich: kocha być nienawidzonym. No, ale nie jest Marleną, zamiast seksapilu preferuje wydzieliny. A to jednak nie to samo.

Premiera "Love" na festiwalu w Cannes była wydarzeniem. Dziennikarze stali przed wejściem podekscytowani, a reżyser skromnie zapowiadał, że jego film zmieni wszystko. Nie zmieni niczego. Zaczyna się od sceny masturbującej się pary. Statyczna kamera, baraszkowanie na ekranie. Dwadzieścia lat temu może ktoś byłby zbulwersowany. Dzisiaj to nuda, lepsze pornole znajdziemy w necie. Podczas seansu okularki 3D przecierałem ściereczką nie tyle z podniecenia, ile z frustracji. Ile to jeszcze będzie trwało i dlaczego tak długo?

Nie jestem świętoszkiem. Lubię i akceptuję pornografię, uważam, że pełni określoną funkcję w naszym życiu, ale na pewno nie jest katalizatorem wzruszeń estetycznych. Tak, pornografia zapewnia inne wzruszenia. Zupełnie inne! W porno zawsze mnie śmieszyły dobudowywane na siłę parafabularne historyjki, które z reguły przewija się z nadzieją na "erupcję" innych doznań. Z reguły zresztą te historyjki porno wyglądają podobnie. Nauczyciel jest bardzo zły na uczennicę za źle odrobione zadanie, trener po wuefie robi awanturę napakowanemu byczkowi, wycieczka do lasu kończy się na malowniczej polance, chociaż nie poziomki i jagody grają w tym widowisku główną rolę. U Gaspara Noégo w zasadzie jest tak samo. Mitomański reżyser czeka na dziecko dziewczyny, której nie kocha, ponieważ durzy się w innej. Brzmi to jak jakaś Rodziewiczówna i tak też wygląda, chociaż to Rodziewiczówna w stylu porno.

Twórca "Nieodwracalnego" stara się komplikować konstrukcję, wykorzystując stały dla niego motyw narkotykowego odlotu. Mnoży sceny wizyjne, które przetestował już detalicznie we wcześniejszym "Wkraczając w pustkę", tyle że zamiast oniryczno-erotycznej lewitacji wychodzi mu, pardon le mot, hardkorowy koksu.

Co nas tak uderzało w seksualnej klasyce kina, z "Ostatnim tangiem w Paryżu" czy "Imperium zmysłów" na czele? Chodziło o konfuzję wynikającą z perwersyjnej pułapki, w której znaleźli się bohaterowie. U Noégo obowiązuje zaś filozofia psychologicznych liczmanów, seksualne zapasy w egotycznej nadbudowie, która przeszkadza zmysłom, nie dając niczego w zamian. Rozterki moralne Murphy'ego, jego seksownej kochanki Elektry oraz odtrącanej Omi obchodzą dokładnie tyle, ile wypukłości rozporka bohatera czy sukienki jego wybranki. Niskie przegrywa z wysokim, ale też to, co w założeniu miało być wysokie, dryfuje na żenująco niskim poziomie. Są wytryski, penisy w zbliżeniu, seks w różnych pozycjach, ale od porno do miłości daleka droga.

Love | Francja, Belgia 2015 | reżyseria: Gaspar Noé | dystrybucja: Gutek Film | czas: 134 min