Werner Herzog od dawna wydawał się idealnym kandydatem do zrealizowania filmu zgłębiającego fenomen internetu. Właśnie dzięki potędze sieci ten twórca hermetycznego kina autorskiego zyskał przecież status ikony współczesnej kultury. Popularność osiągnięta za sprawą tak karkołomnych inicjatyw jak – zamieszczona w serwisie The Daily Beast – erudycyjna analiza teledysku Kanye Westa nie zaszkodziła jednak talentowi reżysera. "Lo i stało się" stanowi kolejny dowód na to, że Herzog znajduje się w wysokiej formie artystycznej.

W filmie niemieckiego reżysera świat sieci przedstawiony jest jak osobny kontynent, przypominający trochę Antarktydę ze słynnych "Spotkań na krańcach świata". Herzog nie uzurpuje sobie prawa do bycia przewodnikiem po nieznanym lądzie. Zamiast tego przypomina fascynującego towarzysza podróży, który na każdym kroku zaskakuje dociekliwością pytań i błyskotliwością spostrzeżeń.

Mimo wszystko nie sposób ukryć, że twórcy "Fitzcarralda" czasami zdarza się zgubić drogę. Od czasu do czasu w "Lo..." dochodzi do, rzadko spotykanych w innych filmach Herzoga, narracyjnych przestojów. Chwilami irytować może także trudny do zrozumienia, pełen specjalistycznych terminów żargon bohaterów. Wszystkie te niedogodności przestają jednak mieć znaczenie, gdy "Lo..." powraca na właściwe tory.

Ogromną frajdę sprawia wówczas podpatrywanie Herzogowskiego warsztatu dokumentalisty. Niemiecki reżyser rozmawia z kolejnymi postaciami nie jak mistrz kina, lecz 73-letni dzieciak, który potrafi być jednocześnie naiwny, sarkastyczny i pełen bezkrytycznego entuzjazmu. Właśnie na styku tych trzech postaw rodzi się oryginalność zadawanych przez Herzoga pytań: pozornie absurdalnych, a przecież trafiających w sedno i skłaniających rozmówców do wylewnej szczerości.

Choć niemieckiemu twórcy obca pozostaje idea narcystycznego eksponowania własnej osoby na ekranie, w "Lo..." i tak bez przerwy daje się wyczuć jego obecność. W swych najlepszych fragmentach film staje się areną pasjonującego pojedynku pomiędzy Herzogiem romantykiem a Herzogiem ironicznym sceptykiem. Reżyser rozdziela racje pomiędzy adwersarzy i poświęca jednakowo dużo energii na zamanifestowanie zarówno podziwu, jak i lęku wobec sieci. Obie skrajności Herzog zderza ze sobą gwałtownie i bez ostrzeżenia. Bywa, że jeszcze nie zdążymy ochłonąć po optymistycznej tyradzie przepytywanego przed kamerą naukowca, gdy już jesteśmy zmuszeni do konfrontacji z przerażającą relacją ofiar internetowego hejtu.

"Lo..." okazuje się równie ciekawe wtedy, gdy nie operuje tego rodzaju ekstremami. W interpretacji Herzoga idea internetu ma w sobie coś melancholijnego: jest pięknym marzeniem, które pozostaje skazane na niepełną realizację. Podobny los sieci zwiastowały już zresztą jej – przywoływane na ekranie – początki. Pierwsza wiadomość mailowa, stworzona w 1969 roku, miała zawierać prosty komunikat "log in". W trakcie wysyłania komputer się zawiesił, więc poprzestano na enigmatycznym i wieloznacznym "lo".

Cofający się do prehistorii internetu reżyser nie waha się także wybiec w przyszłość. Czyni to jednak ostrożnie, nie ryzykuje formułowania jednoznacznych przepowiedni. "Lo..." raz jeszcze udowadnia, że sedno twórczości Herzoga nie polega na upraszczaniu portretowanych zjawisk, lecz potęgowaniu ich fascynującej złożoności.

Niemiecki reżyser rozmawia z kolejnymi postaciami nie jak mistrz kina, lecz 73-letni dzieciak, który potrafi być jednocześnie naiwny, sarkastyczny i pełen bezkrytycznego entuzjazmu.

"Lo i stało się: Zaduma nad światem w sieci "| USA 2016 | reżyseria: Werner Herzog | dystrybucja: Against Gravity | czas: 98 min | w kinach od 2.09