Po latach w Szekspirolandii, Kenneth Branagh coraz więcej czasu spędza w Hollywood, obracając się wśród bohaterów, dla których dylemat "bić albo nie bić" nie jest żadnym dylematem. Po reżyserii pierwszego "Thora" i krótkiej scenki w "Iron Manie 2" Branagh zajął się facetem z mniej fantastycznej bajki – Jackiem Ryanem, powołanym do życia przez zmarłego w zeszłym roku Toma Clancy'ego, granym już przez Aleca Baldwina, Harrisona Forda i Bena Afflecka.

Tym razem nazwisko przejmuje Chris Pine, aktor ładny, ale bez właściwości, podobnie zresztą, jak jego postać. Ryan to po prostu słaby typ na bohatera kina akcji – nie jest super sprawny (jak choćby Jason Bourne), nie jest bogiem (jak Thor) czy bogaczem z zabawkami (jak Iron Man), nie ma nawet poczucia humoru. Jego supermoc to znajomość ekonomii i geopolityki oraz, a jakże, odwaga – Ryan służył w wojsku i uratował kolegów, prawie tracąc przy tym życie.

Gdy tylko staje na nogi, dosłownie i w przenośni, niejaki Harper (Kevin Costner) rekrutuje go na stanowisko uśpionego agenta, który w kostiumie finansowego analityka ma śledzić wszystkie podejrzane transakcje na Wall Street. Fabuła rozwija się w kierunku "zimnowojennym" – Rosja znów dybie na Stany Zjednoczone, tym razem nie za pośrednictwem broni biologicznej, nuklearnej czy palnej, ale ekonomicznej, czyli jedynej, jaką umie się posługiwać Ryan. Ufff. Jego przeciwnikiem, trochę w stylu bondowskich łotrów jest Wiktor Czerwin (w tej roli sam reżyser) – wrażliwy na sztukę bogacz o terrorystycznych zapędach.

Całą recenzję Oli Salwy czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>