Dziennik Gazeta Prawana logo

Każdy mecz to życie w miniaturze. "Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem" [RECENZJA]

25 października 2017, 13:17
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem
Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem/BEST FILM
W opowieści o legendarnej rywalizacji dwóch mistrzów kortu tenis jest filmowany z taką pasją, że po seansie samemu chce się chwycić za rakietę.

Porządny bohater zawsze potrzebuje nemezis. Dla Björna Borga okazał się nim John McEnroe. Tenisiści stawali naprzeciw siebie 22 razy. Każdy z nich odniósł 11 zwycięstw, chociaż w turniejach wielkoszlemowych górował Borg (11:7).

Ale dla mediów stanowili wymarzoną pożywkę nie tylko przez wzgląd na statystyki. Szwed był wzorcowym herosem, Amerykanin – kongenialnym czarnym charakterem. Mitotwórcza batalia znalazła apogeum w finale Wimbledonu w 1980 roku, zdaniem wielu ekspertów – najlepszym meczu w dziejach tenisa. On też stanowi kulminację fabularnego debiutu duńskiego dokumentalisty Janusa Metza („Armadillo – wojna jest w nas”).

10529824-.jpg
Sverrir Gudnason i Tuva Novotny

Zanim jednak dochodzi do starcia tytanów, reżyser buduje opowieść wokół ich życiorysów. Film otwiera scena z Björnem (Sverrir Gudnason) na balkonie luksusowego hotelu. Bohater w milczeniu kiwa się na balustradzie, pochmurnie patrzy na rozciągające się w dole bezkresne morze. Z jego spojrzenia od razu daje się wyczytać egzystencjalne utrapienie, w jego fizyczności jest pewien skandynawski stoicyzm, ale i Morrisonowska melancholia – skądinąd Borg cieszył się wówczas statusem równym gwiazdom rocka, był bywalcem słynnego Studio 54 i nie mógł się opędzić od nastoletnich fanek.

Jakiś czas później poznajemy Johna (Shia LaBeouf), nieokrzesanego narwańca, tak na korcie, gdzie rzuca rakietami, pomstuje na gołębie i bluzga na sędziego, jak i podczas telewizyjnego talk show czy konferencji prasowej, gdzie bezceremonialnie ruga dziennikarzy za pytania niedotyczące tenisa. A oni dalej podsycają atmosferę, bo przecież nie tyle o sport im chodzi, ile o wizerunek jankeskiego bad boya, idealny na efektowne tabloidowe nagłówki o walce żywiołów.

10529856-shia-labeouf.jpg
Shia LaBeouf

Metza nie interesuje jednak tania sensacja. Jego biograficzny film oczywiście podbija mit, ale zarazem poniekąd go dekonstruuje. W dwutorowej narracji i licznych retrospekcjach (młodego Borga gra jego syn Leo) reżyser buduje interesującą tezę, że giganci kortu wcale nie różnili się od siebie tak, jak przedstawiały to media, a wręcz charakterologicznie byli podobni, tyle że Borg nauczył się tłumić emocje tam, gdzie McEnroe je uzewnętrzniał. Obaj wszakże rozgrywali mecze przede wszystkim w swoich głowach i Metz kładzie duży nacisk na ten aspekt psychologiczny. „Każdy mecz jest życiem w miniaturze”, powiedział kiedyś Andre Agassi – i w optyce filmowych rywali tak to właśnie wygląda. Obaj muszą dojrzeć do zwycięstw, ale przede wszystkim do porażek. W jednej ze scen siadają nawet pod tablicą z wygrawerowanym cytatem z wiersza „Jeżeli” Rudyarda Kiplinga: „Jeżeli triumf i porażkę w życiu napotkane / Jednako przyjmujesz oba te złudzenia”.

Mimo to twórca nie poświęca równej uwagi obu bohaterom. Pod tym względem wpada raczej w schemat rodem z opowieści o Batmanie i Jokerze, gdzie protagonista zawsze rzekomo zasługuje na więcej czasu ekranowego niż (przeważnie ciekawszy) antagonista. Gundason gra bardzo dobrze, ale jego historia tonie w kliszach – młodzieżowy bunt, trener zastępujący ojca (Stellan Skarsgård), wspierająca narzeczona (Tuva Novotny) – swoją drogą trochę szkoda, że w wątku Mariany Simionescu nie została jakkolwiek zaakcentowana jej sportowa przeszłość: Rumunka w wieku 23 lat była już emerytowaną tenisistką.

LaBeouf tymczasem gra rolę życia – chociaż mniej fizycznie podobny do McEnroe’a niż Gudnason do Borna, to kumuluje w sobie całą energię filmu, jest niczym chodząca bomba z opóźnionym zapłonem, co działa także na poziomie metafilmowym: aktor doskonale odnajduje się w skórze temperamentnego McEnroe’a również dlatego, że rola pozwala mu zarazem odegrać samego siebie –  kontrowersyjnego gwiazdora, niepanującego publicznie nad emocjami. Nie ulega wątpliwości, że ta kreacja – jeszcze lepsza niż i tak już świetny występ LaBeoufa we wcześniejszym „American Honey” Andrei Arnold – przypieczętuje jego pozycję jako „poważnego aktora”.

Wszelkie fabularne skróty i dysproporcje przestają jednak mieć znaczenie w chwili, gdy dochodzi do finałowego meczu. Łatwo można wtedy zrozumieć, dlaczego turniej z 1980 roku zapisał się w historii tenisa złotymi zgłoskami. Dostajemy stylowo sfotografowany przez Neilsa Thastuma i perfekcyjnie zmontowany spektakl. Kamera krąży w szaleńczym tempie między Björnem i Johnem, pokazuje w przybliżeniach ich spocone, zacięte twarze, po czym wraca do planu ogólnego, obrazując wymianę piłek na przykład z lotu ptaka albo w slow motion. I nawet jeśli ktoś nie jest amatorem tenisa, musi w tym momencie poczuć ekscytację, bo całość nie ma nic wspólnego z telewizyjnymi relacjami, prędzej z „Rockym” lub „Wściekłym bykiem” Scorsesego. Metz filmuje tenis wściekle jak boks – rakiety zamiast rękawic, ale dynamika podobna – i tym samym znajduje klucz do sukcesu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj