(...)
Nie mam rodziny, poza robieniem filmów nie mam żadnych obowiązków, mogę pozwolić sobie na co chce i wysłać resztę świata do diabła. Więc nie mam za bardzo do
czego odpoczywać. Jestem wolny oglądając czy robiąc filmy. Ja czerpię z kina energię, robiąc je czuję jakbym zdobywał Mont Everest. Pełna adrenalina.
Przerażającego uzależnienia. Moim marzeniem jest, by wejść do historii kina jako równy reżyser, a nie gość, który zrobił niezły film jak był młody, potem miał kilka ciekawych epizodów
i tyle. Kiedyś mówiłem, że kiedy skończę 60. przestaję reżyserować. Teraz wiem, że chcę być aktywny do późnych lat i przeraża mnie to, że z wiekiem reżyserzy tracą talent, wielu z
nich na starość robi okropne filmy. Nie wyobrażam sobie, że będę musiał się z tym pogodzić. Nigdy też nie zrobię filmu po to by zapłacić rachunek za budowę nowego basenu przy mojej
rezydencji. Czułbym się jak ostatni zdrajca wszystkich tych, którzy mnie oglądają. (...)
Bo pasował do tej roli jak rękawiczka do ręki. Mam zboczenie scenarzysty, bo jestem nim większą częścią mojego serca niż reżyserem. Najbardziej w filmie kocham wymyślone przez siebie
postaci. I najtrudniejszym procesem jest dla mnie znalezienie ludzi, którzy je ożywią. Boję się jak matka, która daje komuś potrzymać noworodka. Długo myślę, czy mogę komuś uwierzyć,
czy dobrze wybrałem. Tym razem w połowie pisania Brad przyszedł mi do głowy jako odtwórca roli porucznika Aldo Raine’a. Im dłużej pisałem, tym częściej o nim myślałem. Gdy
byłem na finale pracy nad scenariuszem, dotarłem do niego przez zaprzyjaźnionego agenta i byłem zdesperowany, by go zatrudnić. Kombinowałem, jak zdobyć kalendarz prac Brada – bo
kiedy on kręci, jego żona siedzi w domu i na odwrót. Postawiłem na blef – że niby mi nie zależy, tak tylko proponuję. Obgryzałem pazury z nerwów podczas rozmowy telefonicznej.
Mówię: wiesz, film robię z rolą dla ciebie, ale zaczynamy już, nie ma mowy o żadnych zmianach czy opóźnieniach. Los się do mnie uśmiechnął.
(...)