Obsada: Brad Pitt, Christoph Waltz, Melanie Laurent, Eli Roth.

Reklama

Tylko Quentin Tarantino mógł nakręcić podobny film – bezczelny, straszny i zabawny jednocześnie, fascynujący. Wymieszać grozę wojny z westernem, narazić się na zarzut trywializacji wojny i wygrać. „Bękarty wojny” to jego najwybitniejszy film od czasu „Pulp Fiction”.

Gdy od czasu do czasu Tarantino nakręci taki film, jak „Bękarty wojny” albo wcześniejsza o 12 lat „Jackie Brown”, krytycy chóralnie głoszą, że reżyser dojrzał, że wychodzi poza ramy gatunkowe, które sam sobie narzucił. Ale to wszystko efekty specjalne: reżyser za bardzo lubi oszukiwać widzów, a przecież kręci filmy przede wszystkim dla siebie, a dopiero w drugiej kolejności dla nas.

Tarantino wyciąga z filmowego śmietnika tandetne pomysły i gatunki, miesza je z bezczelną pewnością siebie, przerabia kino klasy B na zupełnie nową jakość. Kupuje prawa do starego filmu wyłącznie po to, by wykorzystać jego tytuł (na dodatek w oryginale zapisany z dwoma błędami ortograficznymi). Obiecuje wojenne widowisko, tyle że kręci je w stylistyce spaghetti westernów Sergia Leone, ale chwilami odwołuje się nawet do francuskiej Nowej Fali. A na końcu i tak okazuje się, że to wszystko jest jednym wielkim peanem na cześć kina, żarliwym wyznaniem bezgranicznej wiary w kino. Kino, które nie może zmienić przeszłości, a jednak potrafi ją kształtować wedle upodobań reżysera.

Stąd w „Bękartach wojny” dowodzone przez porucznika Aldo Raine'a (Brad Pitt) fikcyjne komando żydowskich żołnierzy, biorących krwawy odwet na okupujących Francję nazistach. Stąd szykowany przez Shosannę Dreyfuss (Melanie Laurent), właścicielkę paryskiego kina, zamach na niemieckich oficjeli z Hitlerem i Goebbelsem na czele. Stąd wreszcie „ŁowcaŻydów”, esesman Hans Landa (fenomenalnie zagrany przez austriackiego aktora Christopha Waltza), wcielenie czystego zła, inteligentny i bezwzględny oficer, przywodzący na myśl Maximiliana Aue, protagonistę wybitnej powieści Jonathana Littela „Łaskawe”.

Wbrew tytułowi filmu zwiastunom i oczekiwaniom widzów to Landa – a nie Bękarty – jest centralną postacią filmu. To z jego rozkazu ginie rodzina Shosanny, to on zmierzy się z finałowej rozgrywce z żołnierzami Raine'a i – nie ukrywajmy – to Waltz, mimo koncertowej gry całego międzynarodowego zespołu, trzyma film w ryzach. I to przede wszystkim dzięki niemu „Bękarty wojny” są jednak czymś więcej niż wyłącznie nihilistyczną zabawą w krwawe kino. Znajdziemy tu oczywiście obsesyjnie wracający w jego filmach motyw zemsty, ale tym razem to nie są gangsterskie porachunki albo jednostkowy odwet za krzywdy. Ta zemsta ma wymiar globalny. I choć Tarantino jak ognia unika moralizowania i uproszczeń, nie bez powodu żołnierze Raine'a są tak samo zimnokrwistymi zabójcami, jak Landa. Tyle że walczą po słusznej stronie.

Ocena: 5.

Dystrybucja: TiM.