Jest w „Wodzie dla słoni” bohater, od którego nie sposób oderwać wzroku: cyrk. Miejsce stworzone do tego, by o nim opowiadać. Nawet bez dodatkowych upiększeń i podkręcania akcji, bo kontrast między bajkowością areny a okrucieństwem kulis jest już wystarczająco widowiskowy. W filmie Francisa Lawrence’a, opartym na powieści Sary Gruen, scenografia faktycznie zapiera dech w piersiach. Niestety, jest jeszcze tzw. pierwszy plan, a na nim sztampowa historia miłosna i łzawy manifest w obronie dręczonych zwierząt.

Rolę głównego bohatera, Jacoba Jankowskiego, który pojawia się niemal w każdej scenie, producenci powierzyli Robertowi Pattinsonowi. No i wyszło szydło z worka – za niemrawość Edwarda Cullena w "Zmierzchu" nie odpowiada rozwlekły scenariusz i tępe dialogi, lecz męczący styl gry młodego aktora. W "Wodzie dla słoni" kreuje on postać syna polskich emigrantów, studenta weterynarii, który po tragicznej śmierci rodziców i utracie domu wyrusza przed siebie szukać szczęścia. Dołącza do trupy cyrkowców i poznaje tam Marlenę, żonę dyrektora. Zaczyna pracę jako weterynarz, potem awansuje do roli tresera słonicy Rosie. Powoli rodzi się także zakazane uczucie między nim a Marleną.

Gra aktorów rozczarowuje w tym filmie najbardziej. Wspomniany Pattinson dominuje na ekranie tylko fizycznie, bo pod względem charyzmy słonica bije go na głowę. Reese Whiterspoon stroje zmienia częściej niż miny. I nawet Christoph Waltz nie ratuje sytuacji – czarny charakter w jego wykonaniu sprawdziłby się lepiej w wymagającej prostych podziałów baśni niż w dramacie. Szwankujący scenariusz i niebudzące większych emocji postacie sprawiają, że nawet osobliwe piękno cyrku z czasem traci moc.

WODA DLA SŁONI | USA 2011 | reżyseria: Francis Lawrence | dystrybucja: Imperial Cinepix | czas: 122 min