Niedawno na ekrany naszych kin trafiła po latach "Tokijska opowieść". Skończone arcydzieło szlachetnej filmowej prostoty. Wielbią ten film Wim Wenders, Aki Kaurismaki, Jim Jarmusch, przerobiła go niedawno Doris Dorie w "Hanami. Kwiecie wiśni". "Tokijska opowieść" wciąż wzrusza, wciąż działa na najprostsze emocje, a jednocześnie dokonuje jakiejś deziluzji świata, który zmienia się tylko zewnętrznie. Tak choćby jak w pięknej scenie spotkania po latach trzech starszych mężczyzn. Upijają się w barze, rozmawiają o dzieciach.

Głównemu bohaterowi koledzy zazdroszczą. Jego dzieci wyszły na ludzi, może być z nich dumny, on sam zresztą co chwila się w tym utwierdza. I w tym jednym momencie przestaje chcieć sam siebie oszukiwać. Nie ma już złudzeń co do uczuć swych dzieci, zdaje sobie sprawę z dzielącej go od nich bariery, kariera syna lekarza też jest tylko karierą prowincjusza w wielkim mieście. W jednej chwili elegia staje się tragedią, teatr codziennych uprzejmości i gestów objawia prawdziwy sens. Jedna pijacka rozmowa ujawnia podskórną istotę rzeczywistości, pokazuje komplikację w przenikliwej prostocie.


Ozu to potrafił. Takie spotkania przy sake, rodzinny teatr, błahe rozmowy o niczym, podnosił do rangi metafory, nie rezygnując jednocześnie z zapisu zmian obyczajowych, kulturowych, społecznych w powojennej Japonii. Był kronikarzem sporu tradycji z nowoczesnością, starych z młodymi, zaangażowanym rzecznikiem przewartościowania patriarchalnych tradycji, rezygnacji z mocarstwowych resentymentów, porzucenia rytuałów. O tym robił swoje filmy. Proste komedie obyczajowe, czasem melodramaty, zaprawione aktualnością niemal publicystyczną, ale zarazem uniwersalne, skupione na codzienności.

Opowiadał zwykłe historie o zwykłych sprawach. "Dzień dobry" o zabawnym buncie dwóch chłopców, którzy nie mogąc się doprosić od rodziców kupna telewizora, uparcie milczą, co wywołuje burzę w całej okolicy. „Kwiat równonocy” o ojcu zmuszonym pogodzić się z wyborem córki, która postanowiła sama znaleźć sobie męża wbrew tradycji aranżowanego małżeństwa. "Jesienne popołudnie" opowiadające o wdowcu pragnącym wyswatać córkę, by jej nie unieszczęśliwić mogłaby wręcz być kontynuacją "Kwiatu równonocy". Zaś "Późna jesień" znów ze swataniem i rodzicielską perswazją jako tematem mogłaby dopełnić trylogii. Powtarzają się te same sceny, wnętrza barów, rozmowy, ci sami aktorzy zamieniają się rolami. Ot zwykłe sprawy obejmowane czułym, ciepłym, wyrozumiałym, ale też satyrycznie przenikliwym spojrzeniem. Nieco inne są "Dryfujące trzciny", w których Ozu konstruuje opowieść o aktorach objazdowego teatru kabuki na podobieństwo "Wieczoru kuglarzy" Bergmana. Zderza aktorstwo z życiem, a bohaterowie cierpią naprawdę uwikłani w swoje dramaty.


Na świecie Ozu nie zyskał aż takiej sławy jak Kurosawa, choć to przecież właśnie on wprowadził do języka japońskiej kinematografii elementy gatunkowej zachodniej narracji. Jednak wypracował własny styl oparty na wizualnej przejrzystości. W skromnych fabułach wielkie tematy sprowadzał do parteru i zapisywał w charakterystycznych kadrach nisko umieszczoną kamerą z poziomu podłogi. Jego filmy są jak haiku. Prozę życia zamieniają w poezję i chyba dlatego to kino się nie starzeje.

KOLEKCJA YASUJIRO OZU | Tokijska opowieść, Kwiat równonocy, Dzień dobry, Dryfujące trzciny, Późna jesień, Jesienne popołudnie | dystrybucja: Gutek Film