Trudno było dostać tę rolę?

Zostałam zaproszona na zdjęcia próbne. Po drodze przejrzałam sobie kilka fotografii pani Zofii, podjechałam nawet do sklepu z perukami, by przymierzyć jedną podobną do jej fryzury. Już na zdjęciach miałam do zagrania scenę próbną z synem – Tomkiem Beksińskim, ale jeszcze nie z Dawidem Ogrodnikiem. Tam byli wówczas jeszcze inni młodzi polscy aktorzy. Miesiąc później dostałam wiadomość, że jestem ponownie zaproszona na zdjęcia próbne i tym razem odbyły się one już z Andrzejem Sewerynem.

Wiele osób było zaskoczonych, że aktorzy z nazwiskami, ogromnym doświadczeniem teatralnym i filmowym przyjęli zaproszenie od 32-letniego – jak niektórzy go nazywają – młodzika. Człowieka bez debiutu fabularnego, znanego do tej pory z dokumentów. Czym on sobie zaskarbił pani akceptację i zaufanie?

Oglądałam jego filmy dokumentalne, zwłaszcza "Deep Love", ale przede wszystkim przeczytałam scenariusz. Bo przecież reżyser może być wybitny, interesujący, sprawdzony, ale jeżeli nie ma dobrego scenariusza, to nic z tego nie będzie… Tu dostałam właśnie taki scenariusz, autorstwa Roberta Bolesto, i byłam zachwycona. Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego, z tak dobrymi rolami. To wyraźnie był portret potrójny, a nie podwójny, jak wcześniej pisała Magdalena Grzebałkowska. Dla mnie, tzn. dla Zofii Beksińskiej, było tu równorzędne miejsce. Zofii na ekranie jest w filmie najmniej, ale przecież ona zmarła pierwsza. Scenariusz więc był gwarantem jakości. Potem obsada. Kiedy na początku zdjęć weszłam na plan, miałam pewność, że uczestniczę w czymś wybitnym. I że pracuję z kimś rozsądnym, wrażliwym, odpowiedzialnym, ale też pewnym siebie, bardzo dobrze przygotowanym.

Z jakimi nadziejami podchodziła pani do filmu? Czekała pani na ten przełom, jak niektórzy mówią teraz o roli Zofii Beksińskiej?

Od zawsze staram się wykonywać swój zawód jak należy. Ale tu nadzieje zaczęły się pojawiać ze względu na rewelacyjny scenariusz. Poza tym ja całe lata uczyłam się i uprawiałam ten zawód bardziej teatralnie – jestem od lat związana z teatrem Grzegorza Jarzyny. Również w teatrze spotykałam się z najlepszymi reżyserami w tym kraju i praktykowałam ten zawód z sukcesem...

…ale wie pani jak to jest – w Polsce zawód ten postrzega się nie przez pryzmat scen teatralnych, ale przez to, co pokaże wieczorem ekran telewizora.

Zaczęłam grać w serialu "Na Wspólnej" i pojawiła się rozpoznawalność właśnie taka serialowa. Kojarzy się moją twarz, zwłaszcza gdy dołączy do niej głos. I bardziej stałam się Honoratą Leśniewską. Mną, czyli Aleksandrą Konieczną, media zaczęły się interesować po roli w "Ostatniej rodzinie". Pozostaje mi się tylko z tego cieszyć. Mam nadzieję, że pomoże to trochę odczarować sytuację. Ale absolutnie nie lekceważę pracy serialowej, to jest po prostu inny gatunek. I nie powinnam narzekać, bo ról dla polskich aktorek jest jak na lekarstwo.

Miała pani okazję spotkać się z ludźmi, którzy znali Zofię Beksińską, a potem widzieli panią ją grającą. Jakie były ich reakcje?

Miałam okazję rozmawiać z dyrektorem Banachem z Muzeum Historycznego w Smoku i jego żoną (przyjaciółmi rodziny Beksińskich – przyp. red.). Ich wrażenia były pozytywne.

Ale pojawiają się też głosy – powiedzmy – wątpiące…

Na przedpremierowym pokazie w kinie Atlantic w kontrze pojawił się bardzo dziwny głos. Kontrowersje starała się wzbudzić się pani, która autorowi scenariusza, czyli Robertowi Bolesto, zadała pytanie: "Czy scena, w której Tomek demoluje mamie kuchnię, jest naprawdę w materiałach archiwalnych? Czy pan to sobie wymyślił?". A Robert odpowiada, że sobie wymyślił. "To bardzo pan uraził moje uczucia, bardzo mnie pan obraził, bo ja znałam dobrze Tomka Beksińskiego i wiem, że nie był do takich rzeczy zdolny" - odpowiedziała. Z pomocą przyszedł obecny na pokazie Feliks Falk, który tej rozbrykanej rozmowie dodał głos rozsądku, zwracając uwagę na prosty fakt, że to przecież film fabularny.
Wcześniej byliśmy w Locarno, gdzie ten film był odbierany jeszcze inaczej. Publiczność, która o rodzinie Beksińskich nie wie nic albo prawie nic, po prostu patrzyła na film o rodzinie.

I jakie było to przyjęcie? Jak reagowali widzowie w Locarno?

Każdy ten film odbiera inaczej, m.in. w zależności od jego doświadczenia życiowego – są tacy, którzy idą za postacią ojca, inni za synem, są też ci, którzy utożsamiają się z matką. Z faktu, że rodzina Beksińskich w Szwajcarii nie była specjalnie znana, ucieszyłam się bardzo. Dzięki temu nie warstwa sensacyjna zwracała na siebie ich uwagę. A ja upewniłam się, że ten film to rzecz uniwersalna, rzecz o rodzinie, choć nie tylko.
Były też momenty, kiedy widownia reagowała śmiechem - na przykład kiedy Zdzisław robił swojej mamie swoisty test lusterkiem i kiedy po kolejnej nocy pojawiała się na nim para powiedział "niestety". Zderzenie tych wrażeń z polską publicznością od razu wywołało u mnie refleksję: zaraz, tu będą się pojawiały jakieś "obozy".

Długo wchodziliście w role? Mieliście ponoć bardzo dużo zdjęć i filmów do przejrzenia…

Oglądaliśmy bardzo dużo materiałów archiwalnych, każdy dostał po dysku z danymi. Ale w pewnym momencie odłożyłam archiwalia na bok. Pomyślałam sobie: "to jest film oparty na faktach, ale współczesny; film fabularny, nie dokumentalny". To było zderzenie wyobrażeń.
Prawdą jest, że w materiałach archiwalnych widzieliśmy o wiele więcej scen bardziej drastycznych, niż budzące emocje demolowanie kuchni przez Tomka. I te sceny nie pojawiły się w filmie, nie chodziło więc o epatowanie drastycznością. To był wybór wolnego - mam nadzieję - artysty.

Wiele razy mówiła pani o tym, że dobrych ról kobiecych w Polsce jest do rozdania bardzo mało.

Tak, ma to związek ze sprawczością mężczyzn w życiu. Z utrwalonymi przez stereotypy rolami, jakie odgrywają mężczyźni, a jakie kobiety. Mężczyźni to raczej akcja i działanie nakierowane na wyrażanie siebie; kobiety to funkcja ochronna, obronna, opiekuńcza i wspierająca. Tak też  jest w tym filmie. Dla mnie było to aktorskie wyzwanie – zastanawiałam się, "jak tu zagrać aurę" lub "jak zagrać łagodną firankę".

No nie. Nie zgodzę się. Wykraczała pani daleko poza aurę czy łagodną firankę… I ta Zosia wcale nie milczała – miała coś do powiedzenia, jakoś nakierowywała swoich mężczyzn.
Ona przy swej delikatności, czasem bierności, miała też w sobie dumę, poczucie bycia na właściwym miejscu, poczucie bycia kochaną, potrzebną. Myślę, że wiele osób pisałoby się na takie miejsce w rodzinie, jakie ona miała. W gruncie rzeczy była przez Zdzisława bardzo szanowana, gorzej było z synem. I w tym wszystkim miała taką niepisaną władzę. Rzadko decydowała, ale jak już to robiła, to w taki sposób, jak na przykład z Dmochowskim, marszandem z Paryża. Nie konsultowała się z nikim, tylko wydała dyspozycje, że ma go więcej nie być w domu, i do jej śmierci Dmochowski się tam nie pojawił. Beksiński w tej decyzji był jej wierny – to są takie momenty, które pokazują, że była szarą eminencją tej rodziny. Kiedy jej zabrakło, wszystko się zaczęło walić.

Reżyser powtarza, że to film o rodzinie, ale i o przestrzeni, w której ludzie, którzy żyją ze sobą, kolejno umierają.

Tryb życia nastawiony na wewnątrz prowadził Zdzisław – był cały czas w domu. Wybudowano scenografię, która była dokładnym odzwierciedleniem mieszkania państwa Beksińskich, jedynie ściany były ruchome, by to można było operatorsko sprawnie pokazać. Zdjęcia kręciliśmy głównie chronologicznie – nie było więc trudnych, zwłaszcza dla aktora, przeskoków w czasie, kiedy szybko trzeba sobie wszystko wyobrazić, odnosić się do czegoś, co się wydarzyło, a czego jeszcze nie graliśmy. Pomagało nam to, że wszystko było kręcone mastershotami, nie było tej upiornego powtarzania. Najpierw odbywaliśmy długie próby, razem z kamerą, a potem po prostu kręciliśmy. I nie można było przerwać w jakimś momencie, jeśli coś się nie udało. Trzeba było zaczynać od nowa. Ale to dawało poczucie – wiem to też od moich partnerów – że graliśmy trochę jak w teatrze. To były krótsze fragmenty, ale byliśmy tacy bezbronni, jak aktor na scenie. Żaden montaż ci tu nie pomoŻe, żadne zbliżenie, żadne światło.

Ponoć bardzo dużo rozmawialiście.

Janek należy do tych reżyserów, którzy uznają, że aktor to też jest autor, dlatego on nas słuchał. Mnie miał na początku trochę mniej – skarżył się nawet, że tak mało o mnie wie… Ale podczas pierwszych prób zorientowałam się, że to jest tak, jak u rodziny Beksińskich – tzn. Zosia się "wlewa" wtedy, kiedy jej pozwolą. Ja czekałam na zdjęcia z poczuciem, że jak znajdę przestrzeń, to ją wypełnię, a jak nie, to umknę. Bo taka też była Zosia.

Jak pani to postrzega – po tych wszystkich sukcesach Janowi Matuszyńskiemu się nie powywraca w głowie? Sodówka mu nie grozi?

Nie stanie mu się nic niedobrego, jestem tego absolutnie pewna. Jest człowiekiem normalnym, wrażliwym, rozsądnym/ W Locarno, kiedy przychodziły takie chwile, tzw. luksusowe i błyszczące, to myśmy się trochę szczypali po nogach i trochę kpiliśmy sobie z tego. Dla niego było ważne – dla mnie zresztą też – że my się odgadywaliśmy prawie jak rodzina. I jestem spokojna o Janka, że on zna proporcje i nigdy się w nich nie zgubi.

Poznała pani ponoć niegdyś Zdzisława Beksińskiego.

"Poznałam" to za dużo powiedziane. W szkole teatralnej studiowałam w latach 84-88. Uczył nas Wojciech Siemion. Ponieważ on się kolegował z Beksińskim, powiedział, że pokaże nam pracownię prawdziwego malarza. I zawiózł nas do niego. Ale to było dosyć drętwe spotkanie. Na początku pomyśleliśmy, że ten pan w drelichu to sprzątający albo złota rączka. Beksiński był "wylewny jak terminator".