Dziennik Gazeta Prawana logo

"Inferno", czyli sposób na rozrywkę

14 października 2016, 12:22
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Inferno" z Tomem Hanksem i Felicity Jones już w kinach
"Inferno" z Tomem Hanksem i Felicity Jones już w kinach/Media
Kolejna powieść Dana Browna "Inferno" trafiła na ekrany kin. I znów jej adaptację wyreżyserował Ron Howard

Ron Howard to jeden z tych reżyserów, którzy stoją na straży tezy, że kino może także służyć inteligentnej rozrywce, a główny nurt wcale nie musi kojarzyć się z czymś negatywnym. Od blisko czterech dekad realizuje filmy przede wszystkim z myślą o widzu, chowając głęboko za pazuchą swoje ego. A że świetnie na tym przy okazji zarabia – wszak to jeden z lepszych biznesmenów wśród filmowców – to zupełnie inna sprawa. Tak było już z jego pierwszymi produkcjami, tak zapewne będzie i w przypadku "Inferno". Trzecie ekranowe spotkanie z poczytną prozą Dana Browna wchodzi właśnie na ekrany polskich kin.

Swoją przygodę z prozą Browna Howard rozpoczął przed dziesięcioma laty, ekranizując największy bestseller pisarza "". Powieść, która podbiła świat, sprzedając się w ponad 80 milionach egzemplarzy, była gotowym przepisem na hollywoodzki hit. Rolę historyka sztuki Roberta Langdona zagrał jeden z ulubionych aktorów Howarda, Tom Hanks. Panowie po raz pierwszy spotkali się dwie dekady wcześniej, na planie filmu "Plusk", i od tego momentu ich drogi przecinały się dość regularnie (także w "Aniołach i demonach", kolejnej ekranizacji Browna). Howard ma w ogóle bardzo dobrą rękę do aktorów i to bez wątpienia jeden z gwarantów sukcesów kolejnych jego filmów. U niego zaczynał Matthew McConaughey, dojrzewał Tom Cruise, a jedne z najlepszych ról w swoich karierach grali Kurt Russell ("Ognisty podmuch"), Michael Keaton ("Zawód: Dziennikarz"), Russell Crowe ("Piękny umysł") czy Val Kilmer ("Willow").

Zresztą Howard przez długi czas sam pracował jako aktor. Pochodzi z artystycznej rodziny i można zaryzykować stwierdzenie, że zawód ten wyssał z mlekiem matki. W końcu po raz pierwszy na ekranie pojawił się, gdy miał 18 miesięcy, a większą serialową rolę dostał w wieku czterech lat.

Komediowe akcenty w twórczości Howarda, a na tym w dużej mierze bazowała jego kariera aktorska, powracają także w pracy reżyserskiej. Ot, chociażby zaskakująco udane "Spokojnie, tatuśku" ze Steve’em Martinem czy "Grinch. Świąt nie będzie" z ucharakteryzowanym na miarę Oscara Jimem Carreyem. Co może wydawać się nieprawdopodobne, ten ostatni film w boxoffice’owych rankingach w 2000 roku w tyle pozostawił chociażby "Gladiatora" Ridleya Scotta czy "Cast Away: Poza światem" Roberta Zemeckisa, wpisując się do historii jako najlepiej zarabiający świąteczny film wszech czasów. Powiedzieć jednak o Howardzie, że to reżyser lekkich komedyjek, to przesada. Trudno chyba o bardziej wszechstronnego reżysera w Hollywood, co zarówno stanowi jego zaletę, jak i paradoksalnie wadę. Bo o ile długo można by wymieniać godne uwagi filmy, które wyszły spod jego ręki, o tyle trudno klarownie nakreślić jego styl.

Wydaje się, że Howard wyszedł z podobnego założenia co kiedyś Stanley Kubrick, że reżyser powinien wziąć się za bary z każdym filmowym gatunkiem. O ile jednak twórca "Mechanicznej pomarańczy" był przy tym wybitnym artystą, o tyle autor "Apollo 13" jest co najwyżej wprawnym rzemieślnikiem. Którego w swym fachu nie można jednak nie docenić. W końcu na jego flircie z kinem fantasy, czyli "Willow", wychowało się co najmniej jedno pokolenie, po "Ognistym podmuchu" pewnie co drugi chłopak chciał zostać strażakiem, a oglądając świetny "Wyścig", każdy przez chwilę w myślach siedział za kierownicą bolidu Formuły 1. Filmy Rona Howarda, nawet jeżeli czasami brak im jakiejś głębszej myśli (choć rzecz jasna nie zawsze tak jest), łączy to, że są znakomicie i widowiskowo zrealizowane. "Jeżeli pod koniec dnia dojdę do wniosku, że historia warta jest opowiedzenia, to moim następnym zadaniem jest znalezienie jak najlepszego sposobu, by to uczynić" – przekonywał w jednym z wywiadów amerykański reżyser. Te słowa wydają się kwintesencją jego reżyserskiej drogi. Nie zawsze docenianej przez krytykę, ale uwielbianej przez widzów.

"";  USA, Japonia, Węgry 2016; reżyseria: Ron Howard; dystrybucja: UIP; czas: dwie godziny jedna minuta; w kinach od 14 października

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj