Pada ono w filmie Xaviera Dolana, najmłodszego spośród twórców, których dzieła znalazły się w konkursie głównym imprezy. Bohaterem jest Louis (Gaspard Ulliel), który po miesiącach nieobecności wraca do rodzinnego domu. Wraca, żeby się pożegnać. Nie dowiemy się dlaczego. Do głowy przychodzi śmiertelna choroba albo planowane samobójstwo. Od wrażliwości i lęków widza zależy, z czym sobie nadchodzący koniec skojarzy. Tak jak od wrażliwości i lęków reżysera zależy, czym taki film wypełni. "It's Only the End of the World" wypełnia to, z czego składały się dotychczasowe dzieła Kanadyjczyka. A więc: nadekspresyjność, teatralność, przeestetyzowanie i popowe piosenki. Ale Dolan nie serwuje nam powtórki z rozrywki. Ze stałych elementów układa zupełnie nową układankę, w której padają pytania o odchodzenie. Jeśli w "Tomie" bohaterowie mierzyli się z przepracowaniem traumy po utracie bliskiej osoby, tak tutaj bezskutecznie na utratę siebie próbują się przygotować. A może już dawno odsunęli się od siebie tak bardzo, że właściwie niczego już razem nie tworzą? Możliwe. Pewne jest tylko to, że to film złożony z niewygodnych pytań i kapitalnych scenek. Tym razem do historii przejdzie ta z wyfruwającym z wybijającej pełną godzinę kukułki ptakiem.

Do historii przejdzie też kapitalna rola Sônii Bragi w filmie Klebera Mendonçy Filha "Aquarius". Jej bohaterka to kobieta w podeszłym wieku, dla której życie nie ma już niespodzianek. Otoczenie wymaga od niej siedzenia w domu i, co najwyżej, opiekowania się wnukami, gdy ich rodzice zarabiają pieniądze. Ale Clara, bo tak ma kobieta na imię, nie zamierza rezygnować z życia. Za dnia walczy z upierdliwym deweloperem, a wieczorami odpala skręta i zamawia męską prostytutkę. Dawno już kino nie pokazało nam tak kobiecej, silnej i pewnej siebie bohaterki po siedemdziesiątce. Clara nie ma nic wspólnego z usuwającą się w cień babcią. To pełnokrwista kobieta, która potrafi wziąć się z życiem za bary. Film o niej to pochwała życia i uporu. Trzymanie się tego drugiego to czasami jedyny sposób na zachowanie tożsamości. Nagrodę dla najlepszej aktorki Braga ma zagwarantowaną.

Do kogo trafi Złota Palma? Prawdopodobnie do Jima Jarmuscha, którego "Paterson" jest jednym z najpiękniejszych peanów na cześć monotonii, jakie kiedykolwiek pojawiły się w kinie. Adam Driver i Golshifteh Farahani grają w nim parę, której tydzień z życia podglądamy. Obraz podzielony jest na rozdziały według dni tygodnia. Trzeba być Jarmuschem, żeby z taką czułością, a jednocześnie bezpretensjonalnością i swadą opowiadać o banałach, z których utkana jest nasza codzienność. Scena, w której złośliwy pies bohaterów obsuwa skrzynkę na listy, jest kwintesencją złośliwości losu. Jednak amerykański reżyser nie daje się opanować negatywnej energii. Ze swojego filmu wydobywa pokłady poezji. Oglądając go, ma się wrażenie, że nawet najbanalniejszy dzień ma w sobie coś magicznego. I w tym przeświadczeniu tkwi magia Cannes. Nawet jeśli oglądamy tu najbanalniejsze filmy, i tak zdaje nam się, że uczestniczymy w epokowym dla X muzy seansie. Raz na rok dobrze jest się na nie nabrać.