"Paterson" to skromne, kameralne, wielkie kino. Historia kierowcy autobusu (gra go nomen omen Adam Driver) – na pozór monotonna – odsłania niezwykłość codziennej rutyny. Przyglądamy się tygodniowi z życia Patersona, rannemu wstawaniu, drodze do pracy, jedzeniu sandwicha przygotowanego przez jego dziewczynę Laurę, rozmowie z dyspozytorem, jeździe po mieście ciągle tą samą trasą, spacerom z psem, wieczorom w barze... Wydawałoby się nic bardziej banalnego. Tymczasem Paterson wiedzie podwójne życie. Jest nie także, ale przede wszystkim poetą. Codziennie zapisuje w zeszycie swoje wiersze, dla których inspiracji dostarczają zasłyszane w autobusie rozmowy. Jego pasję podtrzymuje Laura, realizująca się artystycznie w dekoracji mieszkania, projektowaniu wnętrz. Dzięki poezji Paterson czuje się wolny, spełniony i szczęśliwy. Nie uprawia jej dla mirażu sławy, lecz z potrzeby serca (choć w końcu jego wiersze doczekają się nawet japońskiego przekładu). Ten film – podobnie, jak pokazywany w Piętnastce Realizatorów "Neruda" Pablo Larraina – jest hołdem dla siły poezji, ale odkrywa też proces jej kreowania, radość wyzwolenia się z więzów logiki i docierania do tego, co pod powierzchnią. Fani Jarmuscha z odnajdą w "Patersonie" również aluzje do jego wcześniejszych obrazów, zwłaszcza do "Kawy i Papierosów".

Zdechł pies

Na osobna nagrodę zasługuje w "nowym Jarmuschu"… pies. Buldog Marvin nie przepada za Patersonem. Jest o niego wyraźnie zazdrosny, warczy, gdy ten przytula się do jego pani. Jest jednak ważnym domownikiem. Jego nastroje, fochy i miny znacząco wpływają na Patersona i dziewczynę. Czworonóg wnosi humor i spontaniczność. Jim Jarmusch powiedział, że Marvin zagrał stworzenie transgenderowe. Cokolwiek miał na myśli, fundator Palm Dog (nagroda ta przyznawana jest w Cannes od 2001 roku) Toby Rose nie ma wątpliwości, że statuetka w postaci celebryckiej obroży należy się Marvinowi. Niestety, nie odbierze jej osobiście. Buldog grający w filmie zdechł kilka miesięcy temu.

Almodóvar nie jest świętą krową

Wielkie emocje wzbudził na Croisette także nowy film Pedro Almodóvara "Julietta". I to nie tylko dlatego, że jest tutaj różnie odbierany. Po aferze Panama Papers, kiedy ujawniono ze Pedro i jego brat unikali płacenia podatków w jednym z egzotycznych krajów, reżyser odmówił udzielania wywiadów. Na konferencji prasowej w Cannes Almodóvar skwitował rzecz stwierdzeniem, że hiszpańskie media wyolbrzymiły sprawę. Zaś co do wartości artystycznej "Julietty", jedni dostrzegają w Almodóvarze Mistrza, który złagodniał i zatracił swój prowokacyjny pazur oraz magię, ale nie zawiódł w sensie jak zawsze znakomitego rzemiosła. Inni zaś w tej melodramatycznej opowieści o wybaczaniu win i historii matki, która po tragicznej śmierci męża traci kontakt z córką na kilkanaście lat, dostrzegają triumfalny powrót już nie ekscentryka, ale ciągle fascynującego malarza kobiecej duszy. Sam Almodóvar zdaje się cieszyć, że wokół jego filmu rozgorzały dyskusje. Jak przyznał z rozbrajającą szczerością nie jest świętą krową i nie ma takiego talentu jak Woody Allen.

Kryzys migracyjny? To nie ten film

O poczuciu winy opowiadają także bracia Dardenne w filmie "Unknown Girl". Młoda lekarka, zajęta pracą biurową tuż po zamknięciu gabinetu ignoruje dzwonek u drzwi. Kiedy następnego dnia dowiaduje się, że dzwoniącą była czarnoskóra dziewczyna, której ciało zostało znalezione w pobliżu, przyjmuje na siebie odpowiedzialność. Tak wielką, że sama na własną rękę postanawia wszcząć śledztwo w sprawie zamordowanej kobiety. Być może w poczuciu, że w ten sposób zmyje z siebie ciężar odpowiedzialności i naprawi błąd. Można powiedzieć klasyczni Dardennowie i kolejna próba przetestowania naszej wrażliwości oraz standardów moralnych. Na konferencji prasowej w Cannes (i jest to tradycja tych spotkań) bracia musieli się zmierzyć z niewygodnym pytaniem o to dlaczego w filmie zrealizowanym w Belgii, gdzie niedawno doszło do zamachów terrorystycznych, aktor pochodzenia arabskiego gra tylko epizodyczną rolę inspektora policji, a ofiara morderstwa ma fałszywy paszport? Dardenowie odpowiedzieli, że zdjęcia w Liege realizowane były rok temu i "Unknown Girl" nie ma żadnego związku z tym, co się wydarzyło ostatnio w Belgii. Dziewczyna nie miała paszportu, bo była prostytutka, a film pokazuje wprawdzie społeczność międzynarodową, jednak bez kontekstów migracyjnego kryzysu...

Pocałunek Soni Bragi

Społeczny kontekst silnie wybrzmiał z kolei w wysoko ocenionym w rankingach dziennikarzy magazynu "Screen" dziele Klebera Mendoncy Filho "Aquarius". Czy pamiętacie Sonię Bragę? Brazylijska aktorka – która zaistniała na arenie międzynarodowej za sprawa takich filmów, jak "Pocałunek kobiety pająka" czy "Oczy anioła", a potem dzięki romansom z Robertem Redfordem i Clintem Eastwoodem – powróciła w wielkim stylu. Właściwie unosi swoja charyzma, osobowością i talentem całą produkcję. I wciąż zachwyca oryginalną uroda. Bez niej opowieść o 65-latce, która za nic w świecie nie chce opuścić odziedziczonego po przodkach mieszkania w Recife, w którym cale życie mieszkała i wychowała trójkę dzieci i z którym łączą ją wspomnienia, byłaby dość banalna. Clara w kreacji Soni jest kobietą z charakterem, silną, asertywną, intrygującą, walczącą o swoją godność. Jej opór wobec tego, co się jej narzuca, jest warunkiem przetrwania. W kuluarach szepcze się, że to może być aktorska Złota Palma.

Koniec świata według Dolana

Chciałam jeszcze napisać o nowym filmie Xaviera Dolana "It is the End of the World", lecz okazało się, że półtorej godziny czekania w kolejce to za mało. W Cannes już tak jest – nigdy nie ma gwarancji wejścia. Kiedy zaś dziennikarze licytują się, kto dostanie się na seans, a kto nie – mijają ich eleganckie limuzyny z elegancko ubranymi gośćmi. Dla wielu z nich Cannes to przede wszystkim czerwone schody i przyjęcia, często z udziałem celebrytów ze świata mody. Jedno z najbardziej spektakularnych pod hasłem "A Wild Night" odbyło się na tarasach Hotelu Martinez. Kate Hudson, Heidi Klum, Leonardo DiCaprio, Paris Hilton i Orlando Bloom uświetnili premierę… zapachu perfum "The Harmonist". W feerii wytwornych woni goście mogli się delektować głosem Diany Ross, która przypomniała przeboje lat 70-tych z nieśmiertelnym hitem "I Will Survive" na finał. I to też jest Cannes!