Łukasz Simlat: Film, piosenka lub spektakl muszą mnie dotknąć
Film, piosenka lub spektakl muszą mnie dotknąć. Do głębi – mówi Łukasz Simlat, którego możemy oglądać w "Linczu" i "Maratonie tańca".
- "Maraton tańca", a raczej rezerwat tandety
- To ma być nowy polski hit
- Olga Frycz zaprasza do tańca
- Krystian Lupa i jego festiwal
- Nowe sceny, jubileusze i pożegnania. Teatr w 2010 roku
- Jim Carrey uzależniony od gangsterów z ferajny
- Nie ma sprawiedliwości. Jest "Lincz" na DVD
-
Rozpoczyna się Maraton tańca
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Teatr
Pamiętam "Pinokia", na którego zabrała mnie babcia, miałem wtedy sześć lat. W jednej ze scen aktor grający postać tytułową miał na rękach kajdanki. Poza kajdankami pamiętam też zapach. Małe teatry specyficznie pachną, czuję to i teraz, kiedy jeżdżę ze spektaklami po Polsce.
W zapachu kulis pierwszy raz poczułem magię teatru. Czasem o niej zapominam, ale zawsze wraca do mnie razem z tym zapachem. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, kiedy go poczuję, to właśnie "Pinokio" w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Może gdyby nie tamto przedstawienie, nie czułbym teraz takiej frajdy z bycia aktorem?
Innym ważnym, już świadomie przeżywanym doświadczeniem były krakowskie spektakle Krystiana Lupy. Na "Braciach Karamazow" przesiedziałem siedem godzin nieruchomo, z otwartymi ustami. Nie mogłem oderwać oczu od Jana Frycza grającego Iwana. Miałem gęsią skórkę, byłem jak mały chłopiec, który dostaje ciastko i cieszy się z niego tak bardzo, że nie wie, co z nim zrobić. Fascynujące było to, jak Lupa, mając już tak ogromną świadomość, dalej poszukiwał granic teatru. To było aktorstwo najwyższej próby, reżyserski majstersztyk, energia nie do powtórzenia.
Aktorstwo
W moim domu od zawsze panował niebywały kult aktora. Filmy oglądało się ze względu na to, kto w nich gra. Takie myślenie moja mama zaszczepiła we mnie bardzo wcześnie. Zawdzięczam jej zresztą znacznie więcej. W czasach podstawówki pozwalała mi oglądać wszystkie puszczane w telewizji arcydzieła filmowe. Wiem, że większość moich kolegów nie miała wtedy takiego szczęścia. Gdy byłem w szóstej albo siódmej klasie, zobaczyłem "Taksówkarza", "Stracha na wróble", "Dawno temu w Ameryce". Nie ma w tym nic oryginalnego, te filmy zna 90 proc. ludzi na kuli ziemskiej, ale dla mnie ważne okazało się, że widziałem je w tak młodym wieku. Już wtedy zacząłem rozumieć, choć chyba nie całkiem świadomie, ile znaczy dla filmu kreacja aktorska. Z pasją oglądałem potem Roberta De Niro w "Przebudzeniu" i Daniela Day-Lewisa w "Mojej lewej stopie". Widziałem w nich energię, witalność, biologię, która aż furczy. To samo widzę u Ala Pacino, Johnny’ego Deppa, Janusza Gajosa, Jana Frycza, Anthony’ego Hopkinsa. Na półce mam wszystkie filmy z ich udziałem i cały czas do nich wracam.
Filmy
Żeby trafić na moją półkę, muszą coś ze mną zrobić. Nie wiem co, nie umiem tego nazwać ani zanalizować. I chyba nie chcę. To coś znalazłem w filmach Paula Thomasa Andersona. Nakręcił do tej pory tylko cztery i każdy z nich jest moim zdaniem genialny. Zwłaszcza "Lewy sercowy". To, co Anderson wyczynia w nim ze swoją wyobraźnią, i jaki świat udaje mu się za jej pomocą wykreować, po prostu wbiło mnie w fotel. Adam Sandler, aktor dość przeciętny, za którym nie przepadam, dzięki wprawnej ręce reżysera stworzył tam kreację niezapomnianą.





















































~Vickynella2011-08-26 12:52
Dziękuję!
To cudowne czytać o tym co kocha tak wspaniały aktor!
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!