Teatr

Pamiętam "Pinokia", na którego zabrała mnie babcia, miałem wtedy sześć lat. W jednej ze scen aktor grający postać tytułową miał na rękach kajdanki. Poza kajdankami pamiętam też zapach. Małe teatry specyficznie pachną, czuję to i teraz, kiedy jeżdżę ze spektaklami po Polsce.

W zapachu kulis pierwszy raz poczułem magię teatru. Czasem o niej zapominam, ale zawsze wraca do mnie razem z tym zapachem. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, kiedy go poczuję, to właśnie "Pinokio" w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Może gdyby nie tamto przedstawienie, nie czułbym teraz takiej frajdy z bycia aktorem?

Innym ważnym, już świadomie przeżywanym doświadczeniem były krakowskie spektakle Krystiana Lupy. Na "Braciach Karamazow" przesiedziałem siedem godzin nieruchomo, z otwartymi ustami. Nie mogłem oderwać oczu od Jana Frycza grającego Iwana. Miałem gęsią skórkę, byłem jak mały chłopiec, który dostaje ciastko i cieszy się z niego tak bardzo, że nie wie, co z nim zrobić. Fascynujące było to, jak Lupa, mając już tak ogromną świadomość, dalej poszukiwał granic teatru. To było aktorstwo najwyższej próby, reżyserski majstersztyk, energia nie do powtórzenia.

Aktorstwo

W moim domu od zawsze panował niebywały kult aktora. Filmy oglądało się ze względu na to, kto w nich gra. Takie myślenie moja mama zaszczepiła we mnie bardzo wcześnie. Zawdzięczam jej zresztą znacznie więcej. W czasach podstawówki pozwalała mi oglądać wszystkie puszczane w telewizji arcydzieła filmowe. Wiem, że większość moich kolegów nie miała wtedy takiego szczęścia. Gdy byłem w szóstej albo siódmej klasie, zobaczyłem "Taksówkarza", "Stracha na wróble", "Dawno temu w Ameryce". Nie ma w tym nic oryginalnego, te filmy zna 90 proc. ludzi na kuli ziemskiej, ale dla mnie ważne okazało się, że widziałem je w tak młodym wieku. Już wtedy zacząłem rozumieć, choć chyba nie całkiem świadomie, ile znaczy dla filmu kreacja aktorska. Z pasją oglądałem potem Roberta De Niro w "Przebudzeniu" i Daniela Day-Lewisa w "Mojej lewej stopie". Widziałem w nich energię, witalność, biologię, która aż furczy. To samo widzę u Ala Pacino, Johnny’ego Deppa, Janusza Gajosa, Jana Frycza, Anthony’ego Hopkinsa. Na półce mam wszystkie filmy z ich udziałem i cały czas do nich wracam.

Filmy

Żeby trafić na moją półkę, muszą coś ze mną zrobić. Nie wiem co, nie umiem tego nazwać ani zanalizować. I chyba nie chcę. To coś znalazłem w filmach Paula Thomasa Andersona. Nakręcił do tej pory tylko cztery i każdy z nich jest moim zdaniem genialny. Zwłaszcza "Lewy sercowy". To, co Anderson wyczynia w nim ze swoją wyobraźnią, i jaki świat udaje mu się za jej pomocą wykreować, po prostu wbiło mnie w fotel. Adam Sandler, aktor dość przeciętny, za którym nie przepadam, dzięki wprawnej ręce reżysera stworzył tam kreację niezapomnianą.


Czasami po obejrzeniu czegoś potrafię siedzieć godzinę w oszołomieniu. Nie zastanawiam się, nie analizuję, siedzę jak uderzony obuchem w głowę. Ostatnio – po "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha. To jest film dla ludzi z mojego pokolenia, być może osoby 10 lub 15 lat młodsze nie poczują na nim tego, co ja. W takim razie mogę uznać, że jest to po prostu film dla mnie. Nie ma w nim zbędnego słowa, ani jednej niepotrzebnej sceny. Wszystko, razem z muzyką, gra do jednej bramki.

Zadziałało na mnie kilka filmów wyreżyserowanych przez aktorów: "Pollock" Eda Harrisa, "Obietnica" i "Indiański biegacz" Seana Penna. Widzę w nich spotkanie wielkich osobowości, które nawzajem trzymają się w ryzach. Sean Penn w "Obietnicy" nie odpuścił Jackowi Nicholsonowi, pilnował go, by ten sobie nie folgował. Aktorzy-reżyserzy nie pozwalają gwiazdom na odpalanie aktorskich fajerwerków, bo wiedzą, że czasami wystarczy jedno drgnienie mięśnia twarzy, by wyrazić potrzebne emocje. Siłą tych filmów jest także ich skromność. Po ich obejrzeniu zostaje poczucie, że ktoś na moich oczach natrafił na ścianę, której nie da się przeskoczyć ani przesunąć.

Tytuły, które wymieniłem, są mi bliskie. Nie dzielę ich na bardziej i mniej ulubione. Obce jest mi myślenie: "mam szczególne miejsce na półce i od dzisiaj będą tu leżeć tylko szczególne pozycje". Szczególna może być jedna scena w kiepskim filmie. To wystarczy, żebym siedział nieruchomo przez godzinę.

Gitara

Uczyłem się grać w ramach ogniska muzycznego. Panująca w nim atmosfera była raczej niezobowiązująca. Mimo to przykładałem się do ćwiczeń. Teraz próbuję wrócić do gitary, ale boleśnie przekonuję się, że narząd przez lata nieużywany zanika. Czytanie nut też idzie mi gorzej niż kiedyś. Nie przeszkadza mi to jednak myśleć, że gdybym nie był aktorem, na pewno zająłbym się muzyką. Wyczuwam w niej ten sam rodzaj improwizacji, freestyle’u, jaki zdarza się aktorowi podczas występów w teatrze. To pragnienie musi we mnie siedzieć bardzo głęboko, bo już kilka razy śniło mi się, że genialnie gram na gitarze. Mówiąc "genialnie", mam na myśli tak, jak robi to Wojciech Waglewski w solówkach na ścieżce dźwiękowej z filmu "Seszele".

Piosenki

Wszystko, co dla mnie najważniejsze, już w muzyce znalazłem. Wciąż towarzyszą mi odkrycia z lat licealnych i studenckich. Kolejne płyty Stanisława Soyki, Hey, Kazika, Dżemu czy Myslovitz to w moim życiu takie słupki milowe. Puszczam je sobie teraz, po latach, i bez namysłu przyporządkowuję do wydarzeń i momentów, z którymi się wiążą. Tak jest na przykład z "Na zachód" Kazika. Pamiętam, że słuchałem tej piosenki, siedząc w szatni w szkole teatralnej. To był początek studiów, obca szkoła, obca jeszcze wtedy Warszawa. Jest taki fragment w tym utworze, gdy Kazik śpiewa: "Dopóty siedzieliśmy tam w siedmioro". I faktycznie, uświadomiłem sobie wtedy, w klasie w liceum było nas siedmiu chłopaków. Ten tekst i tamte okoliczności pamiętam jako moment zasadniczej przemiany.

Mam też marzenie związane z piosenką. Jest taki kawałek zespołu Myslovitz "Maj". Chodzi za mną non stop od 16 lat. Chciałbym kiedyś zagrać w filmie, w którym znalazłaby się akurat ta piosenka. A może nawet go wyreżyserować?