Studio Warner Bros zdecydowało się sztucznie podzielić ekranizację ostatniego tomu cyklu Joanne K. Rowling na dwie części. Po pierwsze dlatego, że lepiej zmusić fanów, by dwa razy płacili za to samo. Po drugie adaptacja całości musiałaby trwać dobrze ponad cztery godziny – a tego nawet najwierniejsi fani Harry’ego mogliby nie wytrzymać. Na wielki finał będą więc musieli poczekać do czerwca. Apetyty zostały właśnie mocno zaostrzone.

David Yates, reżyser poprzednich dwóch filmów o Potterze, nie bawi się w zbędne wprowadzenia. Od razu wrzuca widzów w środek akcji – brygada czarodziejów przybywa, by zabrać Harry’ego z domu jego mugolskiego – czyli niemagicznego – wuja i przetransportować w bezpieczne miejsce. Śmierciożercy, żądni krwi poplecznicy lorda Voldemorta, czekają tylko, by Pottera dorwać i postawić przed obliczem Czarnego Pana.

Akcja ratunkowa kończy się sukcesem, choć okupionym śmiercią kilku bohaterów. Jednak Harry nie zazna spokoju. Gdy zwolennicy Voldemorta wpadną na jego trop, młody czarodziej wraz z dwójką wiernych przyjaciół, Ronem i Hermioną, decyduje się na dalszą ucieczkę. Wspólnie chcą znaleźć horkruksy – magiczne artefakty, w których Voldemort zaklął cząstki swojej duszy. Ich zniszczenie to jedyny sposób, by zapewnić sobie choć cień szansy w walce z najpotężniejszym wrogiem. A od dawna wiadomo, że pojedynek Pottera i Voldemorta jest nieunikniony. I że tylko jeden z nich wyjdzie z tego starcia żywy.


"Harry Potter i Insygnia Śmierci" to jak zwykle wystawne, fascynujące wizualnie widowisko. Podziw budzi też obsada. Nawet w najdrobniejszych epizodach pojawiają się znakomici brytyjscy aktorzy: Bill Nighy, Peter Mullen, Imelda Staunton, wspierani przez "Potterowych weteranów": Alana Rickmana, Robbiego Coltrane’a czy Davida Thewlisa. Ale to nie wyłącznie w efektach specjalnych i aktorskich kreacjach tkwi siła filmu.

"Insygnia Śmierci" to najbardziej intensywna, gwałtowna i emocjonująca powieść cyklu. Yatesowi udało się zachować jej złowieszczy klimat. Śmierć towarzyszy bohaterom od samego początku, żyją w jej cieniu i stykają się z nią na każdym kroku – jednak nie ma mowy o jej oswajaniu. Jest wyłącznie desperacka walka o życie, nie zawsze kończąca się sukcesem. I choćby tylko to sprawia, że "Insygnia Śmierci" zdecydowanie nie są filmem dla najmłodszych widzów. Chyba że rodzice chcą koniecznie zafundować im traumatyczne doświadczenia.

Niewykluczone jednak, że podczas seansu bardziej niż dzieci bać się będą dorośli. Przefiltrowana przez popkulturę wyobraźnia podsunie im przerażające skojarzenia – jak w scenie, w której Hermiona odkrywa w domu, do którego przybywa wraz z Harrym, plamy krwi na ścianach i kłębiący się rój much. Yates nie musi pokazywać zwłok – i tak wiemy, że tam są.


Zresztą reżyser chętnie korzysta w "Harrym Potterze" z poetyki grozy. Podkreśla ją i przez posępną muzykę Alexandre’a Desplata, i przede wszystkim przez utrzymane w ciemnych barwach, nastrojowe zdjęcia Eduarda Serry. Niewiele tu momentów zabawnych, rozluźniających napiętą do granic atmosferę.

Bo też siódma część "Harry’ego Pottera" jest najpoważniejszą ze wszystkich. Skończyła się baśń o dorastaniu, świadomości, odpowiedzialności, zaczyna się mroczna opowieść o zbawicielu. I to zbawicielu wątpiącym w powodzenie swojej misji, rozpaczliwie szukającym drogi do wyzwolenia, skazanym na pomoc osób, które w grze między Potterem a Voldemortem powinny być jedynie pionkami.

Wielka bitwa, której zwiastuny widzieliśmy już w pierwszym filmie, wydaje się manichejskim starciem dobra ze złem. Przesada? Bynajmniej. I w powieściach Rowling, i w ich filmowych adaptacjach jest jednak coś więcej niż tylko zabawa konwencją fantasy.

Zazwyczaj burzę zwiastuje cisza, w przypadku "Insygniów Śmierci" burza zwiastuje apokalipsę.

HARRY POTTER I INSYGNIA ŚMIERCI: CZĘŚĆ 1 | USA, Wielka Brytania 2010 | reżyseria: David Yates | obsada: Daniel Radcliffe, Emma Watson, Ralph Fiennes, Helena Bonham-Carter | dystrybucja: Warner Bros. | czas: 146 min