Film Agnieszki Smoczyńskiej jest jak bajka, szalona, bez reguł, w której wydarzyć się może wszystko. Dwie syreny – Złota i Srebrna – opuszczają wody Wisły, by stać się gwiazdami jednego z dancingów PRL-owskiej Warszawy. Wraz z zespołem Figi i Daktyle wyśpiewują "Bananowy song", "I Feel Love" i inne szlagiery. Do tego pożądają – nie tylko uczuć, ale i świeżego ludzkiego mięsa. Z Małą Syrenką niewiele je łączy. Są raczej rodzimą reinkarnacją niebezpiecznych, groźnych i przebiegłych mitologicznych istot, z którymi naprawdę lepiej nie zadzierać. Potrafią się mścić, nienawidzić i hipnotyzować, ale mają też w sobie pewną kruchość, delikatność i naiwność.

Agnieszka Smoczyńska, dla której "Córki dancingu" są debiutem reżyserskim, zaprasza widzów do udziału w nieprzewidywalnej przygodzie, w trakcie której niektórzy będą tropić wątki znane z horrorów, a inni wybijać rytm nogą albo i nucić pod nosem. Pewnie niektórzy szukać będą metafor, przypowieści o miłości, samotności, przyjaźni i podłości. Najważniejsza jest tu jednak pewna gatunkowa zabawa, wybuchowe show.

Nie udałoby się to, gdyby nie cała, celowo kiczowata, barwna oprawa, muzyka Ballad i Romansów oraz aktorzy. Syreny mają twarze Michaliny Olszańskiej oraz Marta Mazurek – dwóch bardzo obiecujących młodych aktorek, o których z pewnością jeszcze usłyszymy. Wspierają je Kinga Preis oraz Jakub Gierszał, Andrzej Konopka, Zygmunt Malanowicz, Marcin Kowalczyk (w roli diabolicznej) oraz Katarzyna Herman i Magdalena Cielecka (jako striptizerka o pseudonimie Boskie Futro). Film wszedł do kin w Święta, ale klimat i energię ma iście sylwestrowe.