Po roli w "Śnie Kasandry" nie boi się pan, gdy ktoś z rodziny prosi pana o przysługę? Ewan McGregor: Podobnie jak bohater filmu Allena mam o dwa lata starszego brata, ale na szczęście jeszcze mnie nie poprosił, żebym kogoś zamordował. Pracując nad tym filmem, zdałem sobie sprawę, że nieważne, czy masz z członkami rodziny dobre czy złe kontakty. Więzy krwi są silniejsze od sympatii czy urazów, a przyciąganie się ludzi w nawet najbardziej skłóconych rodzinach to coś wyjątkowego. Dla aktora badanie takiej relacji jest ciekawe, bo filmy najczęściej opowiadają historie mężczyzny i kobiety. Portret dwóch braci zdarza się rzadko.

Aktorzy często powtarzają, że praca z Woodym Allenem to spełnienie ich marzeń. A jak wygląda pańska relacja z mistrzem?
Zadzwoniłem do swojego agenta i powiedziałem, że chciałbym pracować z Woodym Allenem. Nie zdarzyło mi się wcześniej molestować reżysera i jęczeć: "Chciałbym z panem pracować". Zazwyczaj podnieca mnie robienie filmu z ludźmi, którzy przed kamerą stają po raz pierwszy. Mają w sobie świeżość i zapał. Ale tym razem pomyślałem: "Chcę pracować z facetem, który ma swój fach w małym palcu i wie dokładnie, dokąd zmierza". Miałem szczęście, oddzwonił do mnie.

Jak pan zareagował, gdy okazało się, że "Sen Kasandry" to nie komedia?
Kiedy spotkałem się z Woodym Allenem, nie miałem pojęcia, o czym będzie ten tytuł. Pojechałem do Nowego Jorku, gdzie w biurze zastałem tylko jego asystentkę. Po dwóch minutach w drzwiach stanął Woody i powiedział: "Nieważne, jak szybko idę, zawsze się spóźnię. Zawsze". I od razu się poczułem jak w jego filmie. A on przeszedł do rzeczy: "Słuchaj, widziałem parę twoich ról. Teraz robię film w Londynie i jest w nim rola, do której świetnie byś się nadawał. Dlatego chciałem z tobą się spotkać. Dzięki, że wpadłeś". I wyszedł. Całe spotkanie trwało 45 sekund, to był najszybszy casting do roli, jaki odbyłem w życiu. Następnego dnia dostałem scenariusz i dopiero wtedy się przekonałem, że wystąpię w produkcji opowiadającej doskonałą historię.

Lubi pan walczyć o rolę?
Nigdy nie próbuję żadnych sztuczek, żeby załapać się do filmu. Zdarzyło mi się kilka razy wycofać z udziału w projekcie, gdy wiedziałem, że komuś innemu bardzo na nim zależy. Nie jestem w życiu na etapie "teraz albo nigdy", moja kariera nie zależy już od jednej roli.

Trzy lata temu film "Wyspa" okazał się finansową klapą i producenci winili właśnie pana. Jak pan z tym się czuł?
To prawda, jeden z producentów za porażkę obarczał Scarlett Johansson i mnie. To było głupie zagranie. Ale mówiąc delikatnie, to nie był najmądrzejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem.

Z Colinem Farrellem, który gra teraz pana brata, macie chyba sporo wspólnego. Żaden z was nie lubi robić szumu wokół własnej osoby.
Niestety, na planie mieliśmy trochę problemów z szumem medialnym. Dawno nie pracowałem w Londynie i masowy najazd paparazzich trochę mnie zaskoczył. Moje pierwsze doświadczenia z nimi pochodzą z Nowego Jorku, z planu filmu "Zostań". Wtedy zdałem sobie sprawę, że oni są integralną częścią naszej pracy, że powinniśmy się spodziewać tych gnojków, gdziekolwiek będziemy mieć zdjęcia. Mimo to szczerze ich nie cierpię.

Media żyją nie tylko pana rolami, ale i motocyklowymi podróżami.
W 2004 roku wybrałem się na wyprawę z moim przyjacielem Charleyem Boormanem, trasa prowadziła z Londynu do Nowego Jorku przez Europę, Rosję, centralną Azję, Alaskę i Kanadę. Było tak świetnie, że w zeszłym roku znowu wskoczyliśmy na nasze maszyny. Tym razem ruszyliśmy ze Szkocji do Kapsztadu. Cała wycieczka zajęła trzy miesiące. Dużo mówi się o ogromnych problemach, z którymi borykają się afrykańskie kraje, a my zobaczyliśmy to na własne oczy.

Jaki jest cel tych wypraw?
Dzięki nim mogę znaleźć się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, i poznać ludzi, którzy w normalnych warunkach nigdy nie stanęliby na mojej drodze. Poza tym uwielbiam jazdę na motorze, to świetny sposób na zwiedzanie świata. Odwiedzając Sudan albo Etiopię, zdaję sobie sprawę, że istnieją miejsca, gdzie wyobrażenia o szczęśliwym życiu są zupełnie inne niż w Europie czy Ameryce.

Jak na te eskapady reaguje pańska rodzina?
Pierwsza wyprawa trwała trzy i pół miesiąca, kiedy wróciłem, obiecałem, że nigdy na tak długo już nie rozstanę się z dziećmi i żoną. Żeby dotrzymać słowa, następną podróż skróciłem o dwa tygodnie. Ale tym razem Eve wybrała się ze mną. Przez 13 lat małżeństwa nie przejawiała zainteresowania motorami, aż zobaczyłem, jak pruła przez Zambię. Byłem pod wrażeniem.