Przedziwny to był rok dla Sandry Bullock. Na pewno najlepszy w jej dotychczasowej karierze. Oscar za „The Blind Side” wynagrodził jej z nawiązką wszelkie niepowodzenia z kilku ostatnich lat, gdy sporo straciła i na aktorskim prestiżu, i na gwiazdorskiej pozycji.

Reklama

Pokazała też Bullock klasę, gdy dzień przed oscarową ceremonią stawiła się (jako druga po Halle Berry) po odbiór Złotej Maliny przyznanej jej za „Wszystko o Stevenie”. 24 godziny po tym wydarzeniu triumfalnie wzniosła statuetkę Oscara i została pierwszą aktorką w historii nagrodzoną w jednym roku za najlepszą i najgorszą rolę. Co do tego, czy jej kreacja w „The Blind Side” rzeczywiście była najlepsza, mam niejakie wątpliwości, natomiast to, że jej występy we „Wszystko o Stevenie” zasługiwały na Malinę, jest aż nadto oczywiste.

To, co Sandra tu wyprawia, to istny pokaz aktorskiej taniochy odgrywanej na autopilocie. Inna sprawa, że z tak napisaną rolą nikt by sobie chyba nie poradził. Można było co najwyżej mniej przedobrzyć. Tymczasem Bullock poszła na całość.

Zagrała pannicę, która niby to zjadła wszystkie rozumy, wie wszystko o wszystkim jak chodząca encyklopedia i tę swoją wiedzę wykorzystuje jako autorka krzyżówek w prowincjonalnej gazecie. Życia osobistego nie ma. Mieszka z rodzicami, bo w jej mieszkaniu trwa permanentna dezynfekcja, jej pokoik w domu rodziców przypomina domek dla lalek, a styl ubierania ocieka pensjonarskim kiczem wcale nie tylko z powodu obnoszonych dumnie czerwonych kozaków. Ot, postrzelone dziewczę po „40”. Nawet jak już się wybierze na zaaranżowaną przez rodziców randkę w ciemno i stwierdzi, że trafiła na wymarzonego faceta, to (choć zaczyna obiecująco) i tak zagada go na śmierć. Potem jak ostatnia kretynka ułoży o nim krzyżówkę i w końcu jak pierwsza naiwna wyruszy tropem ukochanego w podróż po całej Ameryce, bo jej wybranek – telewizyjny operator – jest akurat wszędzie tam, gdzie dzieje się coś, co warto pokazać w telewizji.

To ważne, bo satyra na obraz świata kreowanego przez telewizję jest jednym z przesłań tego filmu. Rzeczywiście, można się nawet uśmiechnąć na widok paranoików demonstrujących pod kliniką, gdzie ma się odbyć operacja dziecka o trzech nóżkach, podzielonych na frakcje za i przeciw nodze. Można też zdobyć się na wymuszony chichot, gdy prezenter telewizyjny w relacji na żywo opłakuje śmierć konia, który zresztą po chwili wstaje.

Ale takich momentów jest zaledwie kilka, reszta to hymn pochwalny na cześć szalonych dziewczyn, co to może i za dużo gadają, za to serduszka mają wielkie i czyste. Gra o wywrócenie schematu romantycznej komedii skończyła się tym razem jej karykaturą. Zrobioną na domiar złego całkiem serio bez krzty campowego dystansu.

Ładu i składu w tym wszystkim nie ma, a film zamiast bawić i wzruszać, tylko irytuje, zanim dojdzie do końcowego morału, że trzeba być sobą i rozwiązywać krzyżówki. Nie lepiej byłoby nakręcić reklamę pisma dla szaradzistek albo skecz o głupkach z telewizji? Byłoby i śmieszniej, i krócej.