Po premierach najnowszych filmów Martina Scorsese zwykło się ostatnio mówić: "swoje już w kinie zrobił". Takie lekceważące poklepywanie go po plecach jest zwyczajnie nie na miejscu. Scorsese jest genialnym fachowcem, który bez wątpienia wciąż potrafi robić świetne kino. Niestety to nie jest przypadek jego najnowszego filmu, który choć jest klimatyczny i efektowny wizualnie, zapętla się w karkołomnej konstrukcji, z której reżyser nie znalazł dobrego wyjścia.

Pomysł z bestsellera

Scenariusz powstał z powieści wypróbowanego przez kinematografię pisarza Dennisa Lehane’a – kryminały jego autorstwa były podstawą oscarowej "Rzeki tajemnic" Eastwooda i bardzo dobrze przyjętego "Gdzie jesteś, Amando?" w reżyserii Bena Afflecka.

Scorsese wziął na warsztat książkę, która wyszła przed sześciu laty po polsku pod tytułem "Wyspa skazańców". To bodaj najbardziej niejednoznaczna i niedopracowana fabuła w dorobku tego pisarza, w której skomplikowane wolty i mroczne sekrety z przeszłości (motor napędowy większości jego fabuł) nie prowadzą do satysfakcjonującego i przekonującego finału.

Akcja rozgrywa się w latach 50. w położonym na wyspie zakładzie karnym dla więźniów chorych psychicznie. Do więzienia prowadzonego przez doktora Cawleya (Ben Kingsley) przybywa dwóch policjantów – Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) i Chuck Aule (Mark Ruffalo) – mających wyjaśnić okoliczności ucieczki groźnej morderczyni. Dla tego pierwszego śledztwo to tylko pretekst. Chce odwiedzić wyspę, by dokończyć dwie prywatne sprawy: po pierwsze to właśnie w zakładzie doktora Cawleya urywa się ślad po psychopatycznym podpalaczu, który spowodował śmierć żony policjanta. Po drugie w swojej karierze Teddy natknął się na sprawę, która budziła podejrzenia, że w zakładzie prowadzi się na więźniach nielegalne eksperymenty. Jednak wkrótce po przybyciu na wyspę jego samego zaczynają nawiedzać coraz bardziej natrętne koszmary z czasów II wojny światowej.

Między jawą a snem

Groza jest tu budowana stylowo, prostymi, ale zawsze skutecznymi środkami nawiązującymi do dawnego kina, na którym Scorsese zna się jak mało kto: na wyspie szaleje złowroga nawałnica, więźniowie trzymani są w jakiś tajemniczych, niemal gotyckich kazamatach, nawet samo osadzenie akcji w odizolowanej od świata przestrzeni odpowiednio napina nerwy odbiorcy.

Problem polega na tym, że reżyser fantastycznie poprowadzonego planu realnego zupełnie nie zgrał z tym, co dzieje się w głowie głównego bohatera. Postawił na przestylizowane wizje. Wyobrażane w koszmarach Teddy’ego stosy ciał w obozie koncentracyjnym są estetycznymi, wykoncypowanymi i pozbawionymi jakichkolwiek emocji woskowymi rzeźbami. Zaś powracająca w snach nieuchwytna postać jego żony (Michelle Williams) to jakiś upiorny wypadek przy pracy tego świetnego reżysera. A przecież odpowiednia tonacja scen snów bohatera była właśnie najistotniejszym elementem fabuły. Konstytuującym cały klimat filmu będącego grą z możliwymi interpretacjami rzeczywistości, zbudowanego na napięciu między jawą a snem, szaleństwem pozornym a klinicznym.

Zmarnowana szansa

Trzeba oddać Scorsesemu sprawiedliwość – umiejętnie wprowadza widza w nastrój niepewności, pewną ręką fachowca dawkuje zwroty i napięcie. Niekiedy ociera się nawet o paranoiczny nastrój godny Hitchcocka. Co jednak po tym, skoro ta piękna konstrukcja sama wali się pod swoim ciężarem: przeładowana filmowymi cytatami, wewnętrznie pęknięta. Finezyjna w jednej minucie, w następnej – jak choćby w ustawieniu postaci doktora Cawleya – prosta jak kryminały Agathy Christie. Była w powieści Lehane’a jakaś skaza, niedbałość. Szaleństwo filmowe czy powieściowe, jeśli służy fabule kryminalnej, musi być podporządkowane bardzo rygorystycznym zasadom. Paradoksalnie, musi być logiczne. Większość błędów pisarza odbiła się na jakości filmu Scorsesego.