„Mistyfikacja” jako film o artyście we własnej pułapce

Maciej Stuhr: Artyści zawsze są wobec swoich odbiorców. Pytanie jest bardzo poważne: na ile artysta powinien przejmować się tymi odbiorcami? Jeśli publiczność kocha to, co artysta robi, a artysta robi to, co czuje, sytuacja jest idealna. Często bywa tak, że artysta, nawet uznany, a może zwłaszcza ten uznany, chce dalej się rozwijać, a publiczność mówi: to już nie jest to samo, to nam się przestaje podobać. Co wtedy powinien zrobić artysta? Zatrzymać się czy iść za głosem serca? Pewnie to drugie, bo tylko wtedy jest artystą. Ale wtedy ryzykuje, że zostanie zupełnie sam.

W scenach w „Mistyfikacji”, w których widzimy starego Witkacego, zahukanego, uzależnionego od kobiety, wyplutego prawie ze wszystkiego, tylko czasami zrywającego się do lotu, jest coś bardzo smutnego. Jego sytuacja – artysty, który musi tworzyć nawet bez odbiorców jest psychologicznie bardzo prawdopodobna. Bo to jest jak narkotyk, jak się to raz poczuje, człowiek uzależnia się od efektów swojej pracy. Ja staram się być człowiekiem, który oprócz tego, że zawodowo zajmuje się dziwną materią, stara się być jak najbardziej normalny. Kariera Witkacego i jego życiorys są równie zwariowane jak jego twórczość. W tym sensie jestem kimś zupełnie innym.

Jerzy Stuhr: Ostatnio udzielałem kilku wywiadów dotyczących „Mistyfikacji” i proszę sobie wyobrazić, że każdy z pytających mnie dziennikarzy inaczej widzi ten film. Jedni mówią mi, że to film o kłamstwie, inni, że o manipulacji politycznej, pani mówi o klatce artysty. Ja myślę, że to jest ładne, że z tym filmem jest jak z wierszem lirycznym. Każdy czytający inaczej go sobie interpretuje. Już mi się to podoba – każdy ma inny punkt widzenia na „Mistyfikację”. Tylko dodam, że Witkacego w tym filmie niekoniecznie musimy widzieć jako podmiot, równie dobrze może być tworem wyobraźni. Może to jego kochanka chce go widzieć takiego – jako artystę uwięzionego, chce go widzieć jako artystę, nad którym ona wreszcie ma władzę. Bardzo pilnowaliśmy, by z każdego punktu widzenia – i punktu widzenia kamery, i widza – ta granica między urojeniem a rzeczywistością była bardzo cienka.

Dwudziestolecie międzywojenne

MS: Patrzę na tamte czasy z dużą zazdrością, ale nie dlatego, że świetnie bym się tam odnalazł. Tego nie wiem. Raczej mam obawę, że mógłbym się nie odnaleźć w ogóle. Ale patrzę z zazdrością grzecznego ucznia, który obserwuje najgorszego łobuza w klasie i ma poczucie, że czegoś jemu samemu jednak w życiu brakuje. Inność jest ciekawa, fascynująca. Czytam o życiu Witkacego, jego odlotach narkotycznych, kobietach, twórczości, podróżach, szaleństwach i widzę coś tak innego od mojego życia, że wzbudza to u mnie niezwykłe emocje.

JS: Choć studiowałem filologię polską, literatury tamtego okresu, a szczególnie Witkacego, nauczyła mnie szkoła teatralna i Stary Teatr. Na filologii miałem wspaniałych wykładowców: od Kazimierza Wyki po Marię Dłuską, moją przewodniczkę, u której pisałem pracę magisterską i byłem na seminarium z poetyki. Ona bardzo dużo czasu poświęcała poezji młodopolskiej i późniejszej. Zaraziła nas paroma wielkimi poetami: Przybosiem, Wierzyńskim. Ale Witkacy to już zdecydowanie Jerzy Jarocki, mój profesor, i jego przedstawienia w Starym Teatrze.

>>> Czytaj dalej


Witkacy

MS: Mój bohater jest w „Mistyfikacji” specjalistą od Witkacego. Mnie każdy dobrze wykształcony polonista mógłby przyłapać na jakiejś elementarnej niewiedzy. Trochę przygotowując się do filmu, poczytałem: listy, książki... Ale nie w tym upatrywałem moją szansę w tej roli, żeby stać się witkacologiem.

JS: Witkacy to najbardziej reprezentowany w mojej twórczości autor. Grałem go na różnych scenach świata, w różnych językach, często robiłem go ze studentami. Zagranie jego samego w filmie traktuję jako koronę moich wszystkich doświadczeń z jego tekstami. Już chyba kończę moją przygodę z Witkiewiczem tą rolą. Taka fantazja na jego temat to bardzo fajna puenta moich spotkań z nim. Po raz pierwszy w tej roli czułem się zwolniony z myślenia aktorskiego przyczynowo- skutkowego. Byłem tylko ekspresją temperamentu i wyobraźni mojej partnerki.

Ojciec i syn

MS: Wychowali mnie artyści, ale nie wychowano mnie na artystę. Mój ojciec był daleki od tego, by zakładać dla mnie jakąś życiową drogę. Artystyczną czy nieartystyczną. To miała być moja decyzja, mój wybór i tak też się stało.

JS: Decyzja, którą podjęliśmy z żoną, że Maciek pójdzie do szkoły muzycznej, absolutnie była związana z tym, jak chcieliśmy go wychować. Sam zazdrościłem, bo ja jestem muzycznym samoukiem, nikt mnie nigdy nie uczył gry na żadnym instrumencie i to był mój wielki kompleks. Ponieważ żona jest muzykiem, to była pierwsza decyzja, żeby go w tę stronę skierować. Dzisiaj mu się to przydaje. Potem, jak go ciągałem co wieczór do teatru, za kulisami siedział, to co, nie wiedziałem, że połyka bakcyla?!

Jacek Koprowicz

MS: Oczywiście znałem jego twórczość, dostając propozycję roli w „Mistyfikacji”. Przede wszystkim „Medium” – z racji rodzinnych sentymentów (Jerzy Stuhr gra w tym filmie jedną z głównych ról – przyp. red.). Później zupełnie przypadkowo trafiłem w telewizji na „Przeznaczenie” i zahipnotyzował mnie ten film. Kiedy pojawił się Jacek Koprowicz z propozycją zagrania w filmie, swoim stałym zwyczajem poprosiłem o tekst i ten półtoragodzinny film połknąłem chyba w 50 minut, łapczywie przewracając kartki scenariusza.

JS: Lubię z nim przebywać, lubię słuchać jego opowieści. Znalem jego projekty, o których myślał podczas dwudziestoletniej przerwy w kręceniu filmów. Rozumiem taką postawę, że artysta robi wtedy, kiedy czuje potrzebę, a nie produkuje. Jacek dla mnie zawsze był artystą. Teraz jest w szale następnego projektu. Opowiada mi film o Chopinie. Jak już chce coś robić – to jest pasja. Rzadko dzisiaj takich ludzi się spotyka, zwłaszcza w branży filmowej, która jest dosyć cyniczna. Chociaż biorę udział w tym filmowym cyrku, jestem trochę z boku. Aktorsko jestem mało zatrudniany w polskim filmie, sam robię tylko wtedy, kiedy czuję potrzebę. Te moje filmy są bardziej doceniane za granicą niż w kraju. Teraz w Rzymie chcą mi zrobić przegląd. W „Historii kina polskiego” Lubelskiego jestem tylko wspomniany jako reżyser. Ale nie skarżę się. Nawet lubię taką pozycję, trochę z boku.

>>> Czytaj dalej


Wspólny film – jedna scena razem

MS: Myśmy się już nagrali razem w życiu. Nie mam żalu, że choć obaj gramy w „Mistyfikacji” mamy tam tylko jedną wspólną scenę. Zwłaszcza że raczej starałem się mojego bohatera prowadzić zupełnie po swojemu. A że w paru miejscach chciałem troszeczkę utrzeć nosa panu rektorowi (Jerzy Stuhr jest rektorem Szkoły Teatralnej w Krakowie – przyp. red.) i go zacytować w paru miejscach, wolałem, żeby ojciec się mi tam do tego nie wtrącał. Zwłaszcza, że tym razem nie miał reżyserskiej władzy nade mną. Mogłem się uwolnić, zagrać to według własnych pomysłów.

JS: Nie mam takich nostalgii związanych ze wspólnym graniem. Mam już w głowie projekt, w którym Maciek będzie grał bardzo dużą rolę. Ale też nie spotkamy się, bo będzie grał mnie. To będzie moje życie w tym filmie. Ja podcharakteryzowany, odmłodzony troszkę zagram ostatnie 20 lat. On zagra moją młodość, a potem weźmie się jeszcze chłopaczka podobnego do zagrania dzieciństwa. Zobaczyłem na ekranie, że w „Mistyfikacji” Maciek troszkę mnie podgrywa, w jego chodzie coś ze mnie jest. On ma zdolności parodystyczne, w związku z tym łatwo mu to przychodzi.

Mistrzowie

MS: Teatr jest teraz miejscem, które najwięcej do tej pory dało mi aktorsko. Najwięcej nauczyłem się, pracując z Krzysztofem Warlikowskim. Zrozumiałem, że tekst, co jest rewolucyjne w stosunku do pokolenia mojego ojca czy Joanny Szczepkowskiej, nie jest najważniejszy. Jeżeli spotka się prawdziwego artystę na swojej drodze, a mam poczucie, że spotkałem, to to, co on chce powiedzieć, jest czasem ważniejsze, i do tego szukamy tekstów, które pozwolą nam to wyrazić. Przecież w naszej „(A) polonii” jest zlepek kilkunastu tekstów. W filmie poza Filipem Bajonem i moim ojcem, z którymi pracowałem wielokrotnie, moje przygody z reżyserami są sporadyczne. A z Krzysztofem robimy już trzecie przedstawienie – z marszu, jedno po drugim, poznajemy się, zaskakujemy. Na kogoś takiego w filmie jeszcze czekam.

JS: Jest kilka takich osób, które zmieniły moje życie. Pierwszą był Konrad Swinarski. Największy artysta, jakiego spotkałem w życiu. On mnie ukształtował, pokazał swoim życiem, że to trzeba się tak spalić, trzeba się temu poświęcić, poświęcić wszystko. Potem Krzysztof Kieślowski. Pokazał mi, że może nie teatr, ale film może być moim spełnieniem. Po drodze byli moi profesorowie: Maria Dłuska, która bardzo uwrażliwiła mnie na czytanie i rozumienie poezji. Jerzy Jarocki w szkole, cały warsztat, wiedzę reżyserską, bo byłem przez lata całe jego asystentem, mam od niego. Potem Andrzej Wajda, który pokazał mi, co to jest odwaga wyobraźni.

Aktorstwo

MS: Mam tendencje do zgłębiania, do analizowania. Ale wydaje mi się, że aktor nie zawsze jest od tego, żeby wszystko rozumieć. Bywają przypadki, że jak aktor za dużo wie, jest niedobrze. Aktor musi służyć historii, musi być w niej przekonujący. Jeden będzie potrzebował tej całej wiedzy, drugi jak będzie wiedział za dużo, to zacznie za dużo grać. Kino jest bardzo organicznym nośnikiem i trzeba się wśród rekwizytów, scenografii i kostiumów jakoś znaleźć i być przekonującym. Uważam, że miarą dobrego aktorstwa jest przede wszystkim intuicja. Na zasadzie, na jakiej dziecko w piaskownicy wchodzi na sto procent w role, które odgrywa – wt ym widzę metodę. Miarą sukcesu aktora nie jest ilość przygotowań do roli. Oczywiście to dobrze potem brzmi w wywiadach, że ktoś dał się zamknąć w więzieniu, żeby zagrać więźnia. OK, ale spokojnie mogę sobie wyobrazić, że genialny aktor wchodzi do tej celi, włączają kamerę i on to genialnie gra.

W „Mistyfikacji” zależało mi, by mojego bohatera poprowadzić inaczej niż wszystkie dotychczasowe postaci. Być jak najdalej od tego, kim Maciej Stuhr jest na co dzień. Zaczęliśmy od wyglądu, razem z kostiumologami i charakteryzatorami. Prosiłem o jedno: im gorzej, tym lepiej. Polepione, przetłuszczone włosy, wąsy, koszulki non-iron, sweterki, marynarki brudne, powyciągane. Tak jak to widziałem, jak wyglądały krakowskie czy warszawskie ulice w latach 60., jeśli chodzi o modę, to można było wydać ostatni krzyk mody, patrząc na to, jak nasi rodacy byli ubrani. To, co mówiłem o tym grzecznym chłopcu zapatrzonym w łobuza, chciałem przenieść na swojego bohatera. Ale jedną z najciekawszych rzeczy w tej postaci była dla mnie od początku ta jego oślizgłość. On jest owładnięty chęcią dotarcia do prawdy, a myśl, że to on może ją odkryć, jest mu bardzo miła. W związku z tym posługuje się metodami po trupach do celu. Tak jak Jarosław Kaczyński nie wahał się wejść w koalicję z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, bo jego cel, jego wizja były ważniejsza od tego. Być może potem zrozumiał, że popełnił błąd.

JS: Teraz jestem w Rzymie na planie „Habemus Papam”, reżyseruje Nanni Moretti. To jest ogromna produkcja. Zdjęcia trwają od 1 lutego, a przed nami jeszcze dwa miesiące. Kręcimy w pięknych miejscach, w tym tygodniu mieliśmy zdjęcia na Forum Romanum, w Villa Medici, nad Schodami Hiszpańskimi i w Cinecitta. Byłem wzruszony, kiedy przejeżdżałem przez bramę legendarnej włoskiej wytwórni. Pomyślałem sobie: wreszcie tu dotarłem. Marzyłem całe życie, by dotrzeć w miejsce, gdzie był Federico Fellini, wprawdzie jego studio numer 5 zajęte jest przez teleturniej... W studiu numer 8 kręciłem sceny z wielkim aktorem Michelem Piccolim. Jakeśmy sobie spojrzeli w oczy, głęboko w tej fikcji, którą uprawiamy, i nagle uwierzyliśmy w nią. Było pięknie. On ma 84 lata, pomyślałem sobie: żebym ja za 20 lat miał taką wyporność.

>>> Czytaj dalej


Szkoła

MS: U nas nie ma jednej metody aktorskiej. Oczywiście zawsze wychodzi się od Stanisławskiego i Michaiła Czechowa, ale potem wariacje na temat metody zależą od profesorów. Trzeba mieć szczęście, żeby trafić na tych dobrych. Ja miałem w szkole dużo szczęścia, trafiłem na Krzysztofa Globisza, Jana Peszka, Romana Gancarczyka, którzy mieli skrajnie różne podejścia, ale to nie jest tak, że musimy się stać czyjąś kopią, musimy wypracować własną metodę, która będzie dla nas skuteczna, w której będziemy przekonujący.

JS: Strasznie długi wykład musiałbym wygłosić na ten temat. My w szkole uczymy do teatru. Wprawdzie ja tam prowadzę taki przedmiot: praca z kamerą, ale to jest przedmiot wciąż marginalny. Na podstawie moich pedagogicznych doświadczeń mnie się dzisiaj wydaje, że szkoła jest na rozdrożu, bo zmiany teatru idą tak ogromne, wchodzi tak nowa estetyka, że szkoła w tej chwili nie nadąża za przygotowaniem, za uwrażliwianiem młodych ludzi na tę estetykę. My ciągle tkwimy w takim systemie przyczynowo-skutkowym i realizmu psychologicznego. Bo przez lata całe tegośmy nauczali, to nam się sprawdzało i paradoksalnie ciągle sprawdza ta metoda w filmie, chociaż też już nie zawsze takie kryteria można przyłożyć. Na przykład do filmowego komiksu – tak nazywam „Wojnę polsko-ruską” – realizm psychologiczny nie bardzo da się przyłożyć. Do teatru szkoła w tej chwili nie ma instrumentów. Młodzi tak odkrywczo traktują improwizację spod skrzydeł guru Krystiana Lupy, a ja improwizację z Kieślowskim robiłem 40 lat temu. Tak się zachwycają tymi reżyserami: Klata, Zadara. Boże, ja to wszystko widziałem w latach 60.!

Widzowie

MS: Myślę, że „Mistyfikację” można oglądać z wypiekami na twarzy, nie wiedząc, kto to jest Witkacy. Oczywiście, jeśli ktoś wie, to wszystko ma dodatkowe znaczenie. Na przykład nie czytałem nigdy książek Trumana Capote’a, a film „Capote” obejrzałem zafascynowany. Tak samo „Mistyfikacja” jest filmem o tym, że był jakiś artysta, który twierdził, że popełnił samobójstwo, a nagle okazuje się, że być może żyje. I to jest ciekawe w tej historii. Pyta pani, dla kogo to jest film? Dla kogoś takiego jak ja. Od lat czekałem na scenariusz, w którym autor nie chce zbawiać naszej ojczyzny i wyjaśniać mi zawiłości świata, tylko zawiesi wygórowane ambicje na kołku i opowie mi po prostu bardzo ciekawą historię. Jacek Koprowicz ma umiejętność opowiadania historii tak, że nawet wiedząc wiele o Witkacym, na chwilę człowiek daje się zahipnotyzować tej jego fantazji. Miałem z nim kilka takich momentów, w których uwierzyłem w jego fantazje. On ma jeszcze kilka takich historii w zanadrzu. Bardzo bym sobie życzył, by dane mu było opowiedzieć je kiedyś na taśmie.

JS: Jedyne obawy, które mam dzisiaj, kiedy przystępuję do nowych rzeczy, to czy ja rozumiem tę publiczność. Żeby dobrze zrozumieć: nie że robisz pod publiczność, bo tego nienawidzę. Ale musisz tę publiczność rozumieć. Tego mnie nauczył Andrzej Wajda. Nie możesz myśleć, że tam w kinie nikt nie siedzi. Musisz mieć świadomość, kto tam siedzi i co on myśli. Andrzej zawsze mówi: robię dla publiczności, ale na moich warunkach. To jest moje motto. Myślę, że „Mistyfikacja” postawiła te warunki dość wysoko.