Czy pozostał chociaż skrawek Dzikiego Zachodu okryty całunem tajemnicy? Jego legenda rodziła się, kiedy zurbanizowana rzeczywistość dynamicznie zadawała jej kłam, a pionierską przeszłość zarchiwizowano na pożółkłych stronicach powieści groszowych. Dokonało się udomowienie nieznanego. Z ogrodzeniem pierwszej wysuniętej daleko na zachód działki drutem, z postawieniem pierwszego rezerwatu dla Indian czy premierą pierwszego przedstawienia Buffalo Billa okiełznano niegdyś rozległe prerie. Dziki Zachód stał się jednak nie tylko kawałem amerykańskiej historii, ale i pięknym rozdziałem kultury popularnej. I w dużej mierze kino stało się depozytariuszem rzeczonej tajemnicy, wytrwale latami pielęgnowało jego mitologię, utrzymując piękną iluzję, kreując niepowtarzalny zestaw pojęć wizualnych oraz charakterystyczny język narracji. Ale dzisiaj popularne dawniej opowieści o kowbojach wydawać się mogą jedynie archaicznym świadectwem minionej epoki. Bo wydaje się, że nie pozostawiono westernowi, temu przecież najbardziej amerykańskiemu z gatunków filmowych, miejsca w świecie blockbustera. Nieprawda.

Pierwsze narzucają się nazwiska takich tuzów światowego kina jak bracia Coen czy Quentin Tarantino, którzy już w XXI wieku zaproponowali swoje autorskie spojrzenie na western, przeszczepiając na grunt postmodernizmu fanowskie fascynacje gatunkiem. Ba, wychowani na filmach o Dzikim Zachodzie, kojarzeni raczej z dorobkiem aktorskim niźli reżyserskim Kevin Costner, Ed Harris czy Tommy Lee Jones również sięgnęli albo po charakterystyczny sztafaż, albo po skrojone w tradycyjny sposób scenariusze, udowadniając, że tamtych stron wcale jeszcze nie podbito. A to nie wszystko. Może za wcześnie mówić o renesansie westernu, bo tych kilka jaskółek wiosny nie czyni, lecz podobne popkulturowe marzenia snute są także z dala od kina, bądź co bądź, głównego nurtu. Przejęły je też i inne gatunki, co wcale nie jest żadnym novum.

Choć niecodzienny, mariaż westernu z horrorem dokonał się już przed laty, żeby przywołać chociażby pierwsze z brzegu "Blisko ciemności" czy nie tak dawne "Martwe ptaki", "The Burrowers" i "Drapieżców", które mieszały silnie zaakcentowany pierwiastek horroru z westernową scenografią i rozpoznawalnymi chwytami scenariuszowymi. Na takie eksperymenty zarezerwowano nawet nazwę Weird West, czyli Dziwny Zachód. A za tydzień, po pół roku od wprowadzenia filmu do kin za oceanem, na nasze ekrany wchodzi "Bone Tomahawk", kto wie, czy nie najmocniejsza propozycja kwartału?

Debiut S. Craiga Zahlera, trwający przeszło dwie godziny kanibalistyczny horror osadzony na Dzikim Zachodzie, to zaskoczenie sezonu. Pomimo słusznej długości nie ma tam zbędnych scen, pozornie trywialne dyskusje łechcą uszy, a przeciągnięte ze smakiem ujęcia budują klimat mozolnej wędrówki w paszczę lwa. Nieśpieszny rytm i rezygnacja z formalnego efekciarstwa budują przesiąkniętą podskórnym lękiem atmosferę. Wyprawa zahartowanych w bojach mężczyzn ku siedlisku żywiącego się ludzkim mięsem, odrzucającego cywilizację plemienia Indian przedstawiona jest jako marsz ku nieznanemu, ostatniej ostoi prawdziwie Dzikiego Zachodu, a może raczej Zachodu zdziczałego. A jest to spacer straceńczy, kowboje, dobrani według obowiązkowego gatunkowego schematu, pchani są staromodnym poczuciem obowiązku. Jak mówił John Wayne, "mężczyzna powinien zrobić to, co uznaje za słuszne". Oto credo i szeryfa, i bandyty.

Bone Tomahawk | USA 2015 | reżyseria: S. Craig Zahler | dystrybucja: Wistech Film | czas: 131 min | w kinach od 29 kwietnia