Jak na dystopię XXI wieku przystało, akcja filmu osadzona jest w Detroit, mieście, w którym Bóg porzucił ludzi, a reżyser aktorów. Znany z drugiej części "Uprowadzonej" Camille Delamarre, tym razem sam został porwany – przez rytm akcji, który płynie do wtóru amerykańskiego hip-hopu. Widać to po sposobie prowadzenia filmu, który w odbiorze przypomina podrzędny teledysk kiepskiego rapera. Ulicznej muzyce towarzyszy dźwięk ładowania złotych (sic!) pistoletów, brzęczących na szyi łańcuchów czy zgrzytania zębów walczących kobiet, których kontrastujące stylizacje (lateks versus szkolna spódniczka) uosabiają fantazje rodem ze zgoła innego rodzaju produkcji. Warto zastanowić się, czy w majowy wieczór nie lepiej włączyć MTV niż wybrać się do kina na "Brick Mansions". Nawet drugoligowi raperzy mają na podorędziu lepsze rymy niż dialogi tego filmu, które sprawiają, że podczas seansu ma się ochotę przebić głową ceglany mur oddzielający niesławną dzielnicę od reszty miasta.

Można odnieść wrażenie, że na planie filmowym reżysera zastąpił odtwórca jednej z głównych ról David Belle, twórca parkouru, który swoje umiejętności pokazał na ekranie już m. in. w "13. dzielnicy". Jego akrobatycznym popisom podporządkowana jest większość akcji, jednak paradoksalnie, filmowi wychodzi to na zdrowie. Efektowne wymyki przez okna jadącego samochodu, czy zjeżdżanie na pasku od spodni na budynek naprzeciwko skutecznie odwracają uwagę od scen, od których doznać można umysłowej kontuzji.

Całą recenzję Ewy Wildner czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>