"Bękarty wojny" (aka "Inglourious Basterds")
USA 2009; reżyseria: Quentin Tarantino; obsada: Brad Pitt, Christoph Waltz, Elia Roth, Till Schweiger, Daniel Bruhl, Diane Kruger, Melanie Laurent; dystrybucja: UIP; czas: 153 min; Premiera: 11 września; Ocena 5/6

Quentin Tarantino gra w ryzykowną grę – i to bynajmniej nie dlatego, że w swoich „Bękartach wojny” podjął kontrowersyjny temat – a z powodu metody, jaką postanowił go przedstawić. Zachodnie media od dawna zarzucają twórcy „Pulp Fiction” stosowanie strategii szantażu. Jeśli nie bawisz się dobrze, to płynie z tego prosty wniosek: jesteś za mało inteligentny, nie jesteś „nasz”, nie należysz do klubu. Dla mnie jednak to właśnie zawsze było największą zaletą kina Tarantino. Pod powierzchnią popowej pulpy reżyser zapraszał do elitarnego klubu kinomana, konesera smaczków i tropiciela motywów. Niestety zapraszał. Oglądając skądinąd bardzo udane „Bękarty wojny”, ma się poczucie, że tym razem Tarantino postanowił przede wszystkim dobrze bawić się sam.

Niby elementy tarantinowskiej układanki się zgadzają – cytaty z kina, odniesienia do ulubionych gatunków Tarantino, puszczanie oczka, westernowe sceny i muzyka. Z drugiej strony to pierwszy (nie licząc nowelowego „Death Proof”) obraz Tarantino opowiedziany chronologicznie, prowadzący jedną historię przez dwie godziny i czterdzieści minut.

p

Akcja rozgrywa się w okupowanej Francji od 1940 do 1944 roku. Shosanna Dreyfus jest świadkiem egzekucji swojej rodziny. Dowódcą akcji wyłapywania ukrywających się Żydów jest pułkownik Hans Landa (najlepszy z całej obsady austriacki aktor Christoph Waltz, który za tę kreację dostał nagrodę na festiwalu w Cannes) zwany Łowcą Żydów. Uciekając przed nazistami, dziewczyna przedostaje się do Paryża, gdzie udaje się jej zdobyć nową tożsamość – właścicielki kina. W tym samym czasie w innej części Francji porucznik Aldo Raine z Tennessee (Brad Pitt) szkoli do zadań specjalnych grupę żołnierzy złożoną z amerykańskich Żydów. Zwana Bękartami lub Apaczami ekipa porucznika Raine’a wykonuje wyroki na faszystowskich żołnierzach. Tym, którym darowuje życie, zostawia pamiątkę – swastykę wyciętą na czole. „Bękarty” łącza siły z niemiecką aktorką i tajną agentką aliantów Bridget von Hammersmark (Diane Kruger), by wykonać operację „Kino”, która ma na celu zabicie wszystkich przywódców Trzeciej Rzeszy podczas odbywającej się w Paryżu premiery filmu Goebbelsa „Duma narodu”.

Początek, kiedy Bękarty wyłapują nazistów i wykonują wyroki z koncertowym numerem Eli Rotha z kijem bejsbolowym, jest znakomity. Amerykanie atakują niczym w starciach kowbojów z Indianami z obowiązkową muzyką a la spaghetti westerny, Brad Pitt z miną w stylu Marlona Brando mówi z przezabawnym akcentem, a każdy element drugiego planu: dekoracje i kreacje aktorskie (choćby Til Schweiger jako milczący twardziel Hugo Stieglitz), są znakomite.

Tarantino kolejną odsłoną swojej symfonii przemocy znów sprawdza, ile mu wolno. Jeździ po bandzie: dopisuje nowe zakończenie do II wojny światowej, pokazuje, że Hitler (wybitny aktor teatralny Martin Wuttke) lubił slashery, a propagandowe filmy niemieckie były w rzeczywistości krwawymi strzelaninami, które on sam mógłby kręcić. Na koniec zostawia też jedną z najzabawniejszych scen – „włoską robotę” Rotha i Pitta z obowiązkowymi rozmowami po włosku z amerykańskim akcentem.

„Bękarty wojny” to wciąż rozrywka na bardzo wysokim poziomie, choć czuć, że Tarantino coraz mocniej dociska pedał, tak jakby nie mógł się pogodzić z tym, że czasy, kiedy wszyscy kinomani sypali z rękawa cytatami z „Pulp Fiction”, minęły.


CZYTAJ TAKŻE:
Diane Kruger dla DZIENNIKA: Quentin rży na planie >>>
Christoph Waltz dla DZIENNIKA: Byłem narzędziem w rękach Tarantino >>>
Eli Roth obraża Polaków! Posłuchaj >>>
Brad Pitt to spragniony krwi łajdak >>>
Triumf "Bękartów wojny" w Cannes >>>