– Praca z Terrence'm Malickiem to bardzo ciekawy proces. Akcja filmu toczy się częściowo w latach 50-tych. Przygotowania zaczęliśmy od oswojenia się z tamtym okresem – Terrence wypuścił nas w zbudowaną scenografię, ubrał w stroje z tamtych lat. Mogliśmy robić co chcemy, mieliśmy czuć się swobodnie. Dzieciaki skakały na linach. Zresztą taka sama swoboda panowała już w trakcie kręcenia kolejnych scen. Choć scenariusz był dość "gęsty", Terrence nie chciał byśmy go odgrywali linijka po linijce. Bardziej interesowało go uchwycenie tego, co działo się pomiędzy.

– On jest jak chłopiec z siatką na motyle, który czeka na to by złapać "właściwy moment". Wstawał codziennie rano i rozpisywał scenariusz, trzy-cztery sceny, nad którymi pracowaliśmy. Dzięki temu wszystko było "świeże", niewystudiowane. Ta naturalność towarzyszyła nam we wszystkim – w domu, w którym mieszka główny bohater jako dziecko, było tylko jedno sztuczne światło. To naprawdę niezwykłe doświadczenie pracować w takich warunkach.

– Ludzie często pytają mnie o Malicka. Niewielu go zna, nawet nie wiadomo, jak wygląda. A to jest zupełnie normalny facet, który – chociaż pewnie kłóci się to z wizerunkiem genialnego artysty – jest dobroduszny, nieprawdopodobnie słodki. Wciąż się śmieje. Znajduje przyjemność w każdej chwili każdego dnia. Praca z nim daje poczucie, że jest się w dobrych rękach. Terrence naprawdę kocha swoich bohaterów, ma w sobie ogrom pasji. Zmienił mój sposób myślenia, postrzegania świata i mojego zawodu – teraz pozwalam sobie na większy luz.

– W "Drzewie życia" fascynuje mnie struktura – połączenie mikro i macro świata: historii pewnej rodziny żyjącej w małym miasteczku w Teksasie i narodzin kosmosu. To niezwykle ważna historia i choć moja rola nie jest "przyjemna", nie miałem wątpliwości, że chce w tym filmie zagrać.