Dla mojego pokolenia wychowanego na telewizji lat 80. i 90. takimi sojusznikami byli pokraczny Anglik Adrian Mole i uroczy amerykański chłopiec Kevin Arnold. Obaj pozwalali oswajać rozliczne lęki i niepokoje adolescencji.

Adrian to bohater cyklu powieściowego brytyjskiej pisarski Sue Townsend oraz telewizyjnego serialu na podstawie pierwszej części – "Sekretnego dziennika Adriana Mole’a lat 13 i 3/4". Niezbyt ładny, niezbyt rozgarnięty i niezbyt szczęśliwy, ale w swojej naiwnej szczerości naprawdę ujmujący. Mole marzy o tym, by zostać pisarzem, dlatego prowadzi dziennik, w którym zapisuje bieżące wydarzenia. Przy okazji w komiczny sposób portretuje samego siebie wraz z licznymi wadami, swoją nieco dysfunkcyjną rodzinkę oraz życie w Anglii doby thatcheryzmu (autorka powieści ma zdecydowanie lewicowe poglądy). Chłopak kocha się w ślicznej i inteligentnej Pandorze, niechętnie opiekuje się opryskliwym weteranem wojennym Bertem i snuje napuszone monologi o treści egzystencjalnej. Wplatając w to informacje o norweskim przemyśle drzewnym, bo to jedna z niewielu rzeczy, które zdołał sobie przyswoić w szkole. Mimo literackich ambicji wyniki jego edukacji są raczej mierne.


Adrian jest klasycznym nieudacznikiem skazanym na porażkę z racji swych licznych niedostatków: braku urody, możliwości intelektualnych czy choćby finansowego zaplecza – jego rodzina to robotnicza klasa niższa. To wszystko sprawia, że nie może liczyć na żaden sukces. Mole jest ucieleśnieniem lęków każdego nastolatka – że nikt nas nigdy nie polubi, pryszcze na czole nigdy się nie zagoją, a nasze życie zawsze już będzie koszmarne. Myśl, że nie jesteśmy na aż tak straconej pozycji jak Mole, jest okrutna, ale krzepiąca.

Innego rodzaju ulgi doświadczymy dzięki Kevinowi Arnoldowi, bohaterowi serialu "Cudowne lata". Po pierwsze grający tę postać młodociany Fred Savage – przystojny młodzieniec z uroczymi dołeczkami w policzkach – idealnie nadaje się na obiekt westchnień. Łatwiej też i przyjemniej z nim się utożsamiać niż z brzydalem Adrianem. Po drugie serial ma zupełnie odmienną niż u Adriana optykę. Wydarzenia rozgrywające się w Ameryce lat 60. widzimy z perspektywy dorosłego narratora, który z nostalgią cofa się do swoich szkolnych wspomnień.  W ten sposób poznajemy dzieje jego przyjaźni z alergikiem Paulem, miłości do prześlicznej Winnie Cooper (to z kolei obiekt westchnień chłopięcej części publiczności) oraz historię rodziny Kevina Arnolda, złożonej z niepracującej matki, gburowatego ojca, przygłupiego brata i studiującej siostry hippiski.


Osobiste dramaty Kevina, takie jak trudności ze zrobieniem prawa jazdy czy wstyd towarzyszący zaproszeniu Winnie na szkolną potańcówkę, rozgrywają się na tle burzliwych przemian epoki dzieci kwiatów. Wojna w Wietnamie, społeczne niepokoje, emancypacja kobiet – to wszystko znajduje swoje odbicie w akcji i sprawia, że serial jest niezłą ściągawką z historii Stanów w tamtym okresie. Ale nie to sprawia, że „Cudowne lata” do dziś wywołują ogromny sentyment. Kevin i jego męczarnie związane z okresem dojrzewania to prawdziwie cudowna terapia dla nastolatków. Myśl, że ktoś inny oprócz nas przeszedł już przez to wszystko, ma moc prawdziwego pocieszenia. Zaś nostalgiczny ton opowieści zmusza do refleksji wykraczających poza nastoletnią perspektywę – bo a nuż za 20 lat też będziemy wspominać swoje szkolne perypetie z melancholijną tęsknotą?

Poza tym chyba każdy marzył, żeby choć raz urządzić taką prywatkę jak Kevin w jednym z odcinków, gdy starych nie ma w domu. Impreza u Kevina Arnolda oczywiście w efekcie wymyka się spod kontroli, kończy przyjazdem policji, demolką i szlabanem, ale dla takich wspomnień – warto. Nasi rodzice do dziś nie wiedzą kogo winić