"Superbohaterowie"

Reklama

Film był gotowy już w 2019 roku, ale przez pandemię musiał swoje odczekać na premierę. Tak jakby czas chciał się odegrać na autorach za to, że uczynili go głównym złoczyńcą w swojej historii.

Ciekawe, że w poprzednim dziele Włochów obecnym niedawno na polskich ekranach, "Nie(długo) i szczęśliwie" (tam Paolo Costella stał za kamerą, a Paolo Genovese współtworzył scenariusz, tu jest odwrotnie), chodziło o refleksję nad potencjalną możliwością wymiksowania się z długiego związku, zaś "Superbohaterowie" niejako rehabilitują "długodystansowców" wiernych zasadzie "dopóki śmierć nas nie rozłączy", nawet jeśli żyją w coraz modniejszej kohabitacji, nie związku małżeńskim.

Genovese nigdy nie grzeszył subtelnością, toteż i tym razem nie bawi się w żadne zawoalowane aluzje - "Superbohaterowie" to tytuł nie tylko filmu, ale i quasi-biograficznego komiksu w odcinkach tworzonego przez bohaterkę.

Reklama

Metafora jest zatem oczywista, co nie znaczy, że pozbawiona uroku - zmagania pary z nieubłaganym czasem to walka dobra ze złem, supermoce to cierpliwość, kompromis, zrozumienie, pozwalające na pokonywanie kolejnych misji/przeszkód, jak rutyna, zazdrość czy pokusy zdrady.

Skokowa narracja może z początku odrobinę dezorientować, niemniej trafnie oddaje chaos w życiu koncertowo (nie)dopasowanych, wzajemnie uzupełniających się protagonistów, kompulsywnej rysowniczki Anny (zjawiskowa Jasmine Trinca) i spokojnego fizyka Marco (Alessandro Borghi), dla którego czas to tylko iluzja. Przynajmniej do... czasu.

Dynamikę związku na przestrzeni dwóch dekad odzwierciedla też obraz - cieplejsze barwy, nierzadko w filtrze sepii, towarzyszą pierwszym spotkaniom i rodzącemu się uczuciu, natomiast stateczna teraźniejszość i coraz częstsze niesnaski to już odpowiednio chłodniejsze kolory. A że akcja rozgrywa się w plenerach Mediolanu i wyspy Ponza, bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy, szczególnie w sezonie wakacyjnym.

Walory rozrywkowe "Superbohaterowie" więc bez wątpienia posiadają, mimo że stanowią jeden z tych projektów, gdzie pomysł wyjściowy jest bardziej intrygujący niż końcowy efekt.

Tym bardziej jednak cieszą momenty, w których twórcy odchodzą od schematu - jak w wątku "tej trzeciej", kardiolożki Pilar (Greta Scarano), która w chwili próby decyduje się postawić na kobiecą solidarność, zamiast rozbijać związek. Oto prawdziwy heroizm.

Irytuje z kolei, że Genovese sam niekiedy ustawia się w pozycji epigona i jeszcze zdaje się tym chlubić - czym innym byłoby dowcipne nawiązanie do "To właśnie miłość", a czym innym jest scena, w której Marco tańczy przed telewizorem, naśladując Hugh Granta. Wypada to nieśmiesznie i daremnie; Genovese z pewnością Richardem Curtisem nie jest, również w pojedynku na komedie romantyczne o wpływie czasu na różne etapy związku ("Czas na miłość" wygrywa tu w cuglach).

Można się też zastanawiać, czy włoski film nie zanadto gloryfikuje konsekwentnej monogamii. Co prawda żyjemy w czasach narcystycznego skupiania uwagi na sobie i rozluźnienia więzi społecznych, ale czy aż do tego stopnia, by dobre chęci i nieco zapału celem utrzymania relacji wynosić do rangi supermocy? Czy to aby nie przesada? Czyż nie znacznie większą superbohaterką jest samotna matka? Ludzie muszący sobie radzić bez wsparcia osób trzecich?

A może rzeczywiście trzeba trochę niecodziennej odwagi, by związać się z kimś na zawsze, wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, zmierzyć się z kultem własnego "ja"? Film prowokujący takie pytania nie musi być wybitny, by był wart zobaczenia. Czasami proste wzruszenia wystarczą.

Gdzie zobaczyć: w kinach