"(Nie)długo i szczęśliwie"

Reklama

Polski udawany ksiądz, którego historia zainspirowała twórców głośnego "Bożego Ciała", odprawiał msze i spowiadał wiernych, jednak ślubów nie udzielał. Bał się, że zrujnuje młodym życie, kiedy sakrament okaże się nieważny. Włoski odpowiednik fałszywego duchownego nie miał takich oporów. Ale dzięki temu autorzy kinowego przeboju "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" mogli nakręcić kolejną opowieść o problemach małżeńskich par w średnim wieku.

Pary są cztery. Paola i Andrea bardzo się kochają, tyle że nie współdzielą priorytetów: on usilnie pragnie dziecka właśnie wtedy, kiedy ona dostaje propozycję awansu i przenosin do Kopenhagi. Sara i Vito z kolei mają już syna, ale ku jego rozczarowaniu wychowują go oddzielnie, jako stosunkowo świeżo rozwiedzeni, wciąż kipiący licznymi urazami małżonkowie. Giada i Edo oraz Viola i Marco są zaprzyjaźnieni tak bardzo, że nawet przed ołtarzem stawali jednego dnia. Tyle tylko, że w tym czworokącie rzeczywiste obiekty uczuć niekoniecznie pokrywają się z oficjalnymi.

Kiedy więc wszyscy ci bohaterowie dowiadują się, że ich małżeństwa zostają anulowane wskutek księżowskiego szwindla, stają przed dylematem: odnawiać przysięgę czy może wykorzystać okazję do zaprzestania gry pozorów, przerwać rutynę, przestać utrzymywać fikcję?

Reklama

Trzeba przyznać, że krótki prolog wzorowany na bunraku, tradycyjnym japońskim teatrze lalkarskim, zapowiada film dużo bardziej wyrafinowany niż ten, jaki ostatecznie dostajemy. "(Nie)długo i szczęśliwie" to kino aż nadto grzeczne, przewidywalne, wymuskane. I niezbyt satysfakcjonujące narracyjnie - losy poszczególnych par nigdy nie krzyżują się w szczególnie pomysłowy sposób, postaci z osobnych nowelek co najwyżej mijają się na ulicy, zdecydowanie bardziej w topornym stylu polskich "Listów do M." niż finezyjnej przeplatanki z "To właśnie miłość".

Estetycznie także niestety pachnie TVN-em. Wszyscy bohaterowie wywodzą się z jednego mieszczańskiego środowiska, są architektami lub prawnikami, gdzieś w tle zawsze przewijają się luksusowe mieszkania i drogie samochody, przygrywa sentymentalna muzyka. Rzecz jasna to naturalne, że reżyser i współscenarzysta Paolo Costella opowiada o świecie, który zna najlepiej, niemniej odrobina zróżnicowania społecznego by nie zaszkodziła. A tak brakuje nie tylko kontrastu, ale i konfliktu z prawdziwego zdarzenia. Dramatu, którego nie załagodzi pobyt w ekskluzywnym spa czy kieliszek najdroższego szampana przy blasku świec.

Z drugiej strony, cała doborowa obsada sprawuje się bez zarzutu, akcja płynie wartko, ogląda się to naprawdę przyjemnie. Z niedomkniętych w większości wątków idzie wyłuskać ujmujące niuanse, szkice trudnych tematów, jak potraktowany w nieoczywisty sposób ambaras kariera-macierzyństwo albo problem alimentów - bo jeśli ślubu de facto nie było, to i rozwód z automatu jest nieważny, a co za tym idzie, kwestia wspólności i rozdzielności majątkowej przestaje istnieć.

Najciekawsze w niedoskonałym filmie Costelli są właśnie refleksje, jakie prowokuje. Czy każdy z nas dokonałby ponownie tego samego wyboru? To podstawowe pytanie, ale film konfrontuje widzów z niejedną fantazją typu "co by było, gdyby...". A może byśmy wzięli mniejszy ślub niż poprzednio? A może właśnie większy? A może tym razem nie dla rodziców, lecz dla siebie, co zostało kapitalnie wykpione w zeszłym roku w tragifarsie "Teściowie" Jakuba Michalczuka. Pytania można jeszcze długo mnożyć, do czego zachęcam każdego już we własnym zakresie.

Gdzie zobaczyć: w kinach