"Ennio"

Reklama

W porównaniu do cekinowego "Elvisa" królującego obecnie na ekranach "Ennio" wygląda na pierwszy rzut oka jak ubogi starszy krewny. Kolejne nudnawe epitafium w formule gadających głów. Cóż mniej porywającego? A jednak Giuseppe Tornatore ma na swój nowy film pomysł: tak jak w arcydzielnym "Cinema Paradiso" składał niezapomniany hołd kinu przy pomocy muzyki Morriconego, tak tutaj stawia pomnik nie tylko słynnemu kompozytorowi, lecz całej muzyce filmowej.

Struktura jest znajoma: korowód znanych twarzy przetykany archiwaliami i licznymi fragmentami filmów, do których komponował Morricone. Zwraca jednak uwagę, że wypowiedzi są zwięźlejsze niż zazwyczaj przy podobnych projektach i misternie wplecione w narrację przez reżysera oraz jego stałego montażystę Massimo Quaglię. Przekłada się to na cokolwiek zaskakujący dynamizm dwuipółgodzinnego dzieła.

Ale nade wszystko, w przeciwieństwie choćby do relatywnie niedawnego dokumentu o innym wielkim włoskim muzyku, Luciano Pavarottim, gdzie Ron Howard umieszczał tenora w popularnych kontekstach skandalu obyczajowego czy przyjaźni z księżną Dianą, "Ennio" jest w całości podporządkowany muzyce - nawet we fragmentach "prywatnych".

Reklama

Zatem jeśli pojawia się ojciec, to tylko dlatego, że od niego wszystko się zaczęło, on arbitralnie zadecydował, że marzący o medycynie syn będzie muzykiem i kupił mu pierwszą, używaną, trąbkę. Z kolei wzmianka o matce, która pragnęła, by Ennio pisał piękne melodie, służy wprowadzeniu wątku o rzekomej niechęci maestra do melodii.

Ba, niejeden filmowiec zbudowałby potężną love story wyłącznie wokół trwającego 70 lat związku Morriconego z żoną. Jednak Tornatore, mimo że nie szczędzi Marii Travii kilku ciepłych słów, widzi w niej głównie opokę i doradczynię męża, niewykształconą muzycznie, przez co paradoksalnie niezastąpioną w szczerej ocenie jego utworów laickim uchem.

Reklama

O czworgu dzieci pary nie ma natomiast ani słowa. Do kamery wypowiadają się osobistości związane z Morriconem mniej lub bardziej, acz tylko na niwie zawodowej. Są wśród nich aktorzy i reżyserzy, jak Clint Eastwood, Bernardo Bertolucci, Lina Wertmüller, Liliana Cavani, Marco Bellocchio, ale co znamienne, częściej zabierają głos koledzy po fachu - Nicola Piovani, Hans Zimmer, John Williams, Mychael Danna - bądź też inne muzyczne sławy, jak Boris Porena, Joan Baez, Pat Metheny, Antonio Pappano, Quincy Jones, Bruce Springsteen czy James Hetfield z Metalliki.

Trzon filmu stanowi jednak wirtuozersko poszatkowany, obszerny wywiad, jaki Tornatore przeprowadził z Mistrzem na kilka lat przed jego śmiercią. Morricone jest tu fascynujący i wzruszający - wiekowy introwertyk o nobliwym obliczu, który niemalże wpada w trans, gdy dźwiękonaśladowczo sylabizuje tematy filmowe albo analizuje własne partytury, nierzadko innowacyjne, nierozumiane, negowane przez jego byłych nauczycieli.

Nie wszyscy bowiem wiedzą - a dokument chwalebnie poświęca temu zagadnieniu sporo miejsca - że Morricone z powodzeniem tworzył także muzykę eksperymentalną. Trochę z potrzeby serca, a trochę jako remedium na kompleks niższości, z którym zmagał się niemal całe życie. Wszystko przez to, że autorzy muzyki poważnej, na czele z mentorem naszego bohatera, Goffredo Petrassim, uważali pracę dla kina za niegodną "prawdziwego" kompozytora. Stąd też rozdarty między dwoma światami Morricone przez lata musiał udowadniać innym, a przede wszystkim sobie, że nie jest "gorszy". Ani jako muzyk filmowy, ani jako... popowy aranżer, który opracował m.in. wielki przebój Gino Paoliego "Sapore di sale".

W filmie pada wiele niebanalnych komplementów pod adresem maestra. Ktoś wnosi, skądinąd niebezzasadnie, że to Morricone wymyślił aranżację, wcześniej był tylko akompaniament. Pojawiają się też słowa, że to on "w pewnym sensie wynalazł muzykę filmową". W końcu spopularyzował ją, ubogacił, poniekąd wyciągnął z tła. Motyw przypominający wycie kojota z "Dobrego, złego i brzydkiego", brzmienie harmonijki ustnej z "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" czy temat obojowy z "Misji" zna każdy kinoman. A to tylko pierwsze lepsze przykłady z ponad pół tysiąca ścieżek dźwiękowych w filmografii. Nie licząc tych, które Ennio napisał jako ghostwriter, zanim oficjalnie zadebiutował w komedii "Faszysta".

Ta ilość nie zawsze przekładała się na jakość. Cieszy, że Tornatore nie boi się zahaczyć o drażliwe kwestie autoplagiatów lub bliźniaczo brzmiących kompozycji do horrorów Daria Argenty. Sam Mistrz przyznaje przed kamerą, że czasem potrafił się zapędzić w jednej stylistyce.

Niemałą wartością dokumentu jest również wyjście poza dobrze znaną przestrzeń spaghetti westernów Sergio Leonego i przypomnienie ścieżek niekojarzonych z automatu z Morriconem, niemniej wspaniałych, jak "Przed rewolucją", "Pięści w kieszeni", "Bitwa o Algier", "Queimada", "Kanibale".

Ciekawe, że od samego początku Morriconemu nie było po drodze z Hollywoodem. Jego oryginalne kompozycje do "Biblii" Johna Hustona zostały ostatecznie odrzucone po kłótni producenta Dino De Laurentiisa z wytwórnią RCA. Potem Kubrick chciał Morriconego do "Mechanicznej pomarańczy", ale też nie wyszło. A kiedy nawet współpraca dochodziła do skutku, jak w przypadku "Drogi przez piekło" Olivera Stone'a, reżyser i kompozytor nie potrafili się dogadać co do wizji i kończyło się awanturą.

Morricone miał także prawo być rozżalony, kiedy jego kolejne wybitne ścieżki dźwiękowe, zauważone przez krytyków i wielbione przez widownię, nie znajdowały uznania w oczach Amerykańskiej Akademii Filmowej. Ta ostatnia postanowiła się wreszcie zrehabilitować, przyznając Włochowi nagrodę honorową za całokształt twórczości. Zapewne nie przewidzieli, że kompozytor bynajmniej nie zakończy wówczas kariery, ukoronowanej tak naprawdę dopiero dekadę później "autentycznym" Oscarem za muzykę do "Nienawistnej ósemki" Quentina Tarantino. Tego samego Tarantino, który stawia swojego idola na poziomie Beethovena i Bacha.

Jednak inny cytat kołacze się w głowie po seansie. Słowa Morriconego, kiedy to wreszcie jakby pogodzony z samym sobą i obraną drogą zawodową stwierdza, że "muzyk filmowy musi umieć wszystko. Od symfonii po piosenki popularne". To ładna puenta dla opowieści o wartości muzyki filmowej, która nierzadko zostaje z nami dłużej niż same filmy.

Gdzie zobaczyć: w kinach