Dowiódł tego już Jean-Pierre Melville, a po latach chociażby Luc Besson ("Nikita") i Jean-Francois Richet ("Wróg publiczny nr 1"). "22 kule" aktora i reżysera Richarda Berry’ego (z Jeanem Reno występował m.in. w zabawnej komedii "Przyjaciel gangstera"), choć nie należą do najwybitniejszych, to cały czas porządny kawałek sensacyjnego, trzymającego w napięciu kina.

Reklama

Charly’ego Mattei (Jean Reno, pierwsza od kilku lat dobra główna rola tego aktora) poznajemy w samochodzie, gdy próbuje przekonać swojego synka do słuchania opery. Dojeżdżają do miasta. Chłopczyk wysiada z samochodu i czeka na tatę. Ten jedzie zaparkować auto na podziemnym parkingu. Kiedy Charly wysiada, obok niego zatrzymuje się furgonetka. Wyskakuje z niej kilku mężczyzn i oddaje do niego kilkadziesiąt strzałów. 22 z nich trafiają Mattei. Charly jednak nie umiera.

Tą ostrą sceną rozpoczyna się historia byłego mafiosa, który zerwał z kryminalną przeszłością i rozpoczął nowe życie u boku pięknej żony i synka. Jednak byli współpracownicy nie dają o sobie zapomnieć. Mattei wie, że jedynym sposobem na odcięcie się od tego świata jest... zabicie ich wszystkich. Rozpoczyna polowanie.

Od tego momentu w zasadzie wiemy, jak wszystko się skończy. Scenariusz autorstwa Berry'ego co prawda w paru miejscach skręca w bok, ale specjalnego zaskoczenia nie ma. Jednak mimo prostej historii "22 kule" ogląda się znakomicie. Wciąga mroczny klimat brudnej, gangsterskiej Marsylii. Ma się wrażenie, jakby do miasta w ogóle nie dochodziły promienie słońca. Świetne jest aktorstwo, nie tylko Reno, ale też Kada Merada w roli jego dawnego przyjaciela. Wszyscy grają oszczędnie, bez przerysowań. Mało tu dialogów, za to dużo spojrzeń i gestów, kontrapunktowanych mocnymi i szybkimi scenami akcji.

Dobry, wciągający kryminał, jakich niestety wciąż brakuje w polskim kinie.

22 KULE | Francja 2010 | reżyseria: Richard Berry | dystrybucja: Monolith | 4 klapsy