To była jedna z 32 zalecanych poprawek w scenariuszu „Misia”, jakie „zalecał” Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Drugim nazwiskiem, które cenzura zalecała zmienić, było nazwisko reżysera „Ostatniej paróweczki hrabiego Barry Kenta”. Miał być on początkowo Bogdanem Porębalem "na cześć" Bogdana Poręby, który wielokrotnie krytykował filmy Barei. Interwencja cenzury sprawiła, że Porębal stał się Zagajnym. Również "Ostatnia paróweczka" miała być "Ostatnią baryłeczką", ale to na szczęście udało się ocalić. Cenzura sugerowała usunąć także m.in. scenę kupowania mięsa w kiosku, zatrzymania węglarzy w melinie pijackiej, rozmowy o tradycji prowadzonej na wozie i w łóżku oraz wręczania kamyka z Jeleniej Góry rodakowi w Londynie. Dokonanie skrótów, które sugerowała cenzura, wiązałoby się z usunięciem scen uznawanych dziś za kultowe, a film byłby, co najmniej o ¼ krótszy.
Kolaudacja "Misia" odbyła się w czasie odwilży po Sierpniu’80, a dokładnie 27 września 1980 roku. Andrzej Wajda, który nie przyjechał na nią osobiście napisał, że „Miś” z racji tego, iż jest komedią powinien jak najszybciej pojawić się na ekranach, bo jest to gatunek potrzebny. Na tzw. kartach ocen filmu otrzymał 40 punktów, co przyznawało mu II kategorię artystyczną. Bareję oprócz Wajdy, chwalił również Krzysztof Kieślowski. Finalnie wprowadzono tylko sześć z sugerowanych poprawek. Nie wpłynęły one na ostateczny kształt i wyraz produkcji.
Zarówno Bareja, jak i cała ekipa filmowa starała się, by fragmenty scenariusza nie trafiały do prasy.
– żalił się Bareja Tadeuszowi Sobolewskiemu w miesięczniku "Film".
Stanisław Bareja bardzo lubił grać epizody w swoich filmach. W "Misiu" wcielił się w postać sprzedawcy w sklepie w Londynie, którego odwiedza Ryszard Ochódzki. Za swój występ Bareja otrzymał 500 złotych honorarium. W produkcji wzięły udział także dzieci reżysera. Jan odegrał rolę chłopca, który liczy ludzi w kolejce do apteki, a córka Katarzyna wcieliła się w postać sekretarki w komendzie policji. Jej rola miała być większa, ale z racji tego, że czekała ją poprawka z łaciny, ojciec za karę pozwolił jej zagrać rolę sekretarki.
Słomiany Miś, który lata nad Warszawą i bohaterami filmu powstał w dwóch egzemplarzach. Na potrzeby filmu wykonała go Cepelia.
Ekipa "Misia" musiała zorganizować zarówno baleron, który „występuje” w teatrze, jak i parówki. Ten pierwszy został zamówiony w Zakładach Przemysłu Mięsnego w Łukowie pod Kielcami. Rekwizytor, by uniknąć kradzieży rozpuścił plotkę, że baleron jest zatruty, a jego zjedzenie grozi śmiercią. Parówki, które nie były równie łatwe do zdobycia co baleron, powstały dzięki zgodzie Ministerstwa Handlu Wewnętrznego. To ono wydało zgodę na zakup jelita baraniego, które nafaszerowano mazią wyprodukowaną z kupionej w sklepie z wędliną kiełbasy serdelowej.
– opowiedziała pracująca przy produkcji Agnieszka Arnold w książce "Miś, czyli rzecz o Stanisławie Barei" Macieja Łuczaka. Rekwizytor ostrzegł, by ich nie ruszać, bo będą potrzebne do dubla. Ten nie powstał, bo parówki zniknęły.
Część scen w "Misiu" rozgrywa się w Londynie. Tam ekipa filmowa Barei pojechała tylko na trzy dni. Stanisław Tym tłumaczył, że diety przyznawane przez Kinematografię Polską były tak małe, że do pracy za granicą zaangażowano wszystkich znajomych Polaków, którzy tylko mogli pomóc. W ten sposób ekipa znalazła "Sklep pana Jana", w którym Ryszard Ochódzki wręczał właścicielowi kamyk przywieziony "prosto z Jeleniej, przepraszam, z Jasnej Góry". Mieścił się w dzielnicy Wandsworth.
Wiązało się to z obniżeniem kosztów produkcji. Okazało się, że wydrukowanie specjalnego egzemplarza gazety na potrzeby filmu, byłoby zbyt czasochłonne i kosztowne.
– wspominał Tym.
Do karczemnej awantury doszło między kostiumolog Mileną Celińską a Bronisławem Pawlikiem. Aktor dostał jako kostium – nowy waciak. Celińska chciała go patynować za pomocą sprayu. Pawlik nie poczekał i wpadł na zupełnie inny pomysł. Udał się do zakładu ślusarskiego i tam wytarzał się w smarach. Celińska zrobiła mu karczemną awanturę i zarzuciła, że zniszczył kostium.
Premiera "Misia" odbyła się 4 maja 1981. Pokazano go na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku tego samego roku. Bareja jednak na festiwal nie pojechał. W liście do córki z 23 sierpnia napisał, że nie wybiera się tam, bo "trudno dostać benzynę, a i z wyżywieniem podobno na Wybrzeżu gorzej, niż u nas, chociaż trudno to sobie wyobrazić". – napisał.