MARCIN CICHOŃSKI: Jak oceniasz przyjęcie „Kuriera” i twej roli w filmie.

PATRYCJA VOLNY: Film miał skrajnie różne recenzje. Jest nietypowy jak na kino pana Władysława. Jest łagodny i bardziej przystępny dla widowni, niż jego poprzednie projekty. To kino gatunkowe, mistrzowsko zrobione według reguł. A jeśli chodzi o moją rolę to… raczej fajne recenzje czytałam (śmiech). Nikt się do mnie na szczęście nie przyczepiał i tyle mi wystarczy. Cieszę się, że wyszedł przystępny film o ważnej historii.

- Pytałem bo kino na tematy historyczne, patriotyczne budzi w Polsce kontrowersje, głównie ze względu na to, co się dzieje na scenie politycznej. To powoduje, że jest ryzyko artystyczne – można dostać rykoszetem przez takie, a nie inne podejście do filmu.

- Artyści służą sztuce, a nie polityce. Są sytuacje, gdy odmawiają wzięcia udziału w projektach - bywały takie i za PRL-u - właśnie dlatego, żeby nie stać się narzędziem w rękach propagandy. "Kurier" jest historia konkretnego człowieka, bohatera, i jako taki miał być pokazany - jako element historii, a nie polityki. Z podobnego założenia, co Pan Pasikowski, wychodził dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, przez które projekt był współfinansowany.

- Prawdą jest to, co mawiają o Pasikowskim, że aktorów prowadzi wręcz po linijce, jest przygotowany bardziej niż perfekcyjnie do pracy? Taki pedant?

- Słowo pedant bym wykreśliła, bo nosi negatywne konotacje i raczej jest pejoratywne, jeśli reżysera się tak określa. Owszem, od początku ma się wrażenie, ze pan Pasikowski ma już cały film zmontowany w głowie. Jasno określa, czego od aktora oczekuje. Kwestia stylu pracy. Ten Agnieszki Holland jest zupełnie inny.

- Jak trafiłaś do „Obywatela Jonesa”?

- Ta rola została mi najzwyczajniej zaproponowana. To w sumie krótki epizod, ale cieszę się, że mogłam go zagrac, bo to rola bardzo soczysta i wdzięczna. Akurat jedyny raz rola została mi zaproponowana bez castingu, co rzadko się zdarza. W moim przypadku w zasadzie nigdy.

- A nie byłoby z tym łatwiej, gdybyś mieszkała w Warszawie?

- Mieszkam na wsi w Alzacji przy granicy niemiecko-szwajcarskiej. Pewnie jeśli chodzi o castingi byłoby mi o tyle łatwiej, że mogłabym się pojawiać osobiście. Życie ułatwiają mi nagrania. Nagrywam się w domu, wysyłam sceny do reżyserów castingu lub bezpośrednio do reżyserów – niejednokrotnie na podstawie pierwszego nagrania reżyser zapraszał mnie, bo widział coś interesującego. Wsiadam wtedy w samolot i przylatuję. Więc chyba czasowo wychodzi na to samo – internet bardzo nam ułatwił życie ostatnio.

- A czy z perspektywy pięknej Alzacji widzisz, że jest zainteresowanie polską kinematografią większe, niż jeszcze cztery-pięć lat temu?

- Na pewno i w Paryżu i tu u mnie zainteresowanie jest. Historyczna ciekawostka: przed II Wojną Światową w Alzacji były kopalnie srebra. Była bardzo duża imigracja Polaków w te tereny. Więc Polacy, którzy są tu w drugim lub trzecim pokoleniu starają się mieć kontakt. Nie dalej niż kilka tygodni temu w moim miasteczku wyświetlany film o Marii Curie, a kilka lat temu, kiedy „Ida” była wyświetlana w paryskich kinach, to miała większą frekwencję niż w całej Polsce. Recenzje „Zimnej wojny” i serialu „1983” we Francji były śpiewające. Polskie kino ma tu świetną renomę.

- A czego według ciebie wynika taki dysonans w ocenach serialu „1983” pomiędzy światem i Polską?

- Nie znam się na polityce, ale podejrzewam, że słyszymy głosy ludzi, którzy komunę przeżyli. Podejrzewam, że fabularyzowanie tego, co by się działo, gdyby komuna nigdy nie upadła, Może nie podoba się części osób, które maja swoja wersje Polski w głowie. Myślę, że dlatego ten serial był tak negatywnie przyjęty. Poza tym „1983” jest robione na modłę seriali amerykańskich. Jest gesty, momentami ciężki w odbiorze. w Australii ten serial znajduje fanów wśród kinomanów, którzy maja czas i chęć, żeby usiąść i go obejrzeć.

- Chciałem zapytać o jeszcze jedną, bardziej osobistą sprawę. Ostatnio zaprosiła mnie telewizja TVN24 do dyskusji, która była pokłosiem filmu „Leaving Neverland”. Zadano mi bardzo trudne pytanie: czy można oddzielać twórcę od sztuki, którą stworzył. Jakbyś odpowiedziała?

- Że absolutnie należy. Twórczość niczemu nie jest winna. To jest bardzo delikatna materia. Gdyby iść tym tropem to nie należałoby oglądać obrazów Picassa, bo prywatnie miał opinie drania. Takich twórcow - ludzi, delikatnie mówiąc, może nie do końca fajnych, nieskalanych, nie da się zliczyć. Jeśli ich twórczość przynosi radość, to należy to oddzielić, bo to jest osobny byt. Jeszcze jeśli artysta żyje możemy sobie zadawać pytania, co się z nim powinno stać. Ale jeśli patrzymy na kwestie Michaela Jacksona – osobiście nie wierzę, że był pedofilem. Wydaje mi się, że był bardzo chorym człowiekiem. To nie był dorosły człowiek, krzywdzący dzieci. To było dorosłe dziecko. I teraz: jeśli rozgłośnie nie chcą grać jego piosenek, to kto na tym cierpi? Nie Michael Jackson, tylko jego dzieci, które też nie są niczemu winne.