Czy rzeczywiście najważniejszym pytaniem w filmie jest to, czy Michael Jackson był pedofilem, czy nie? Czy ustawienie filmu pod tym kątem nie odwraca uwagi od innych ważnych kwestii?

Dwóch dorosłych dziś mężczyzn – Wade Robson oraz Jimmy Safechuck opowiada ze szczegółami zapis swoich relacji z Michaelem Jacksonem. Ta według nich zmienia się z nastoletniej przyjaźni w pedofilię. Panowie przedstawiają schemat związku: mówią, że potrafili godzinami rozmawiać ze swym idolem przez telefon, spacerować ( w tajemnicy) po okolicy. Spotkania robią się coraz bardziej częste i intensywne. Również od emocji – według relacji nie jest to tylko zabawa dorosłego dziecka z małym dzieckiem. Stopniowo pojawiają się dotyk, pieszczoty, wreszcie seks.

Opisy zawarte w filmie tego, co, jak i ile razy robili chłopcy w różnym wieku z Michaelem Jacksonem, są jego ważną częścią. To opisy dalekie od zwulgaryzowania, bliskie natomiast języka formalnego, takiego znanego z przesłuchań sądowych lub prokuratorskich. Wcale nie pozwala to widzom na delikatniejsze przejście, zmaganie się z problemem. Słowa bolą, a naturalnym odruchem jest chęć sięgnięcia po pilota.

W filmie pojawiają się rodzina i bliscy Robsona i Safechucka. Zadziwiać będzie was naiwność, z jaką podchodziły matki chłopców do kontaktów z idolem. Bez względu na to, czy opowiedziane przez nich historie są prawdziwe, czy nie, w głowie kłębią się myśli – jak można dopuszczać do tego, by jeszcze nawet nienastoletni chłopiec zostawał sam w towarzystwie dorosłego mężczyzny na całe dni, a potem – wraz z upływem czasu – i noce.

Dyskusja, która toczy się wokół "Leaving Neverland" stawia przed nami fundamentalne pytania. Co w świecie, w którym walczymy o wolność, w czasach, których wciąż jeszcze pamiętamy dyskusję związaną z #metoo, jest ważniejsze. Interes ofiar, które wiele lat mogą skrywać swą traumę, budować wokół siebie świat budowany na kłamstwie, które z czasem musi runąć czy fundamenty – jak może się wydawać – praworządności, czyli prawo do obrony i domniemanie niewinności. Komu ufać, kiedy mamy słowo przeciwko słowu lub słowo przeciwko zmarłemu człowiekowi?

"Leaving Neverland" jest dokumentem, który będzie wykorzystywany przez obydwie strony konfliktu o to, czy Jackson był pedofilem. Obydwie znajdą tu treści, które spokojnie można wykorzystywać, by bronić swoich stanowisk. Natomiast wydaje się, że jeśli spojrzymy na film z dystansem, dostrzeżemy coś więcej niż tylko dyskusję: winny czy niewinny.

To film o tym, jak powstaje świat emocjonalnych potworów, jak niszczy się związki i rodziny, jak gubią się emocje. To wstrząsające momentami oskarżenie wobec rodziny – zarówno Jacksona, jak i Robsona i Safechucka. W imię pogoni za Nibylandią tworzymy ludzi oderwanych od rzeczywistości, od prawdziwych relacji, którzy w najlepszym przypadku pozostają Piotrusiami Panami.

Dziwi mnie przeświadczenie, że za sławnymi osobami, twórcami, stoją zwykle porządni ludzie, tacy – można by rzecz - poczciwcy do rany przyłóż. Film Dana Reeda to tylko fragment portretu tworzenia Frankensteina. Kiedy całe życie poświęcimy doskonaleniu niezwykłego, niecodziennego talentu – takiego z serii jeden na milion, ale nawet jeden na miliard, musimy oderwać się od życia. Trzeba być wyjątkowo silną jednostką, by przy tym poczciwcem pozostać.

Co oczywiście dla Jacksona i jego otoczenia usprawiedliwianiem nie jest. Bez względu na to, czy Robson i Safechuck mówią prawdę, czy też nie.

"Leaving Neverland" dostępny jest od 8 marca na HBO GO. W kwietniu ma być pokazany w jednym z kanałów telewizji.