Załóżmy, że otrzymał pan informację, że za trzy dni ma przeprowadzić wywiad z Lechem Wałęsą. I co dalej?
Lawrence Grobel: Taka sytuacja zdarzyła mi się w karierze tylko kilka razy. Dla przykładu na przygotowanie się do wywiadu z Alem Pacino dano mi dwa dni. Do tego musiałbym odbyć podróż do Nowego Jorku. Biblioteka, w której przygotowuję się do wywiadów, akurat miała dzień wolny, więc odmówiłem. A wywiad z Wałęsą? W dobie internetu można przeprowadzić błyskawiczny research, wyszukać najbardziej kontrowersyjne tematy, przygotować prowokacyjne pytania, które poruszą rozmówcę i pozwolą pokierować rozmową. Myślę, że dałbym radę, ale na przykład dwadzieścia lat temu zrezygnowałem z rozmowy z Sophią Loren, bo na przygotowanie miałbym tylko sześć godzin. Dziennikarstwo bardzo zmieniło się od tego czasu.

A gdyby miał pan okazję porozmawiać z Philipem Rothem?
To zupełnie inna historia. Od wielu lat staram się o wywiad z pisarzem, przeczytałem większość jego książek i jestem miłośnikiem jego stylu, ale jak dotąd nie udało mi się skłonić go do rozmowy. Podobnie jak Johna Updike'a, który odpisał mi: – Moje słowa są moją wizytówką jako pisarza, używam ich bardzo świadomie i biorę za nie odpowiedzialność. W sytuacji wywiadu to pan przejmuje nad nimi kontrolę, więc wolałbym tego nie robić. Przyjmuję takie tłumaczenie. Magazyn "Paris Review", który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami, zawsze przekazuje im zredagowany tekst do autoryzacji. Ja nie mógłbym się na to zgodzić, nigdy tego nie robię.

W Polsce prawie wszyscy rozmówcy żądają autoryzacji.
Mam świadomość istnienia różnic kulturowych w tym zakresie. Przez trzy lata mieszkałem w Ghanie i tam zwyczajowo przed każdym wywiadem z politykiem dziennikarz otrzymuje kopertę z pieniędzmi. To standard. Koperta ma zagwarantować przychylny tekst. Nazywają to "soli", czyli "solidarność", ale pojmują ją na własny sposób. Nasz kod kulturowy natychmiast nasuwa skojarzenia związane z przekupstwem, a dla nich to jedynie sposób wspomożenia skromnych dochodów dziennikarza. Marlon Brando poprosił mnie o zapis naszej rozmowy przed publikacją. Podobnie Barbra Streisand – przed wywiadem kazała podpisać mi zobowiązanie, że wyrażam zgodę na autoryzację lub przerwanie wywiadu w dowolnym momencie. Nie podpisałem go. Wywiad odbył się mimo tego. Według mnie gdybym wyraził zgodę na ingerencję w moją wersję rozmowy, nie byłoby to dziennikarstwo. Byłbym postawiony raczej w roli sekretarza moich rozmówców. To samo zakomunikowałem Brando. Nie był zachwycony, ale przystał na moje warunki. Niektóre gwiazdy nagrywały wywiady, które z nimi przeprowadzałem, ale nie miałem nic przeciwko temu, bo nigdy nie manipuluję wypowiedziami.

Zaskakujące, że niektóre gwiazdy, przyzwyczajone do kontaktu z publicznością, blokowały się, kiedy wyjmował pan dyktafon.
Ava Gardner kompletnie nie radziła sobie z obecnością dyktafonu. Schowałem go pod stołem i dopiero wtedy mogła rozmawiać ze mną. May West nie wyraziła zgody na nagrywanie, ponieważ ktoś kiedyś zarejestrował jej głos i sprzedawał nagranie na płycie. Chciałem podpisać zobowiązanie, że nie wykorzystam nagrania do żadnych celów poza odtworzeniem rozmowy, ale się nie zgodziła. Musiałem więc wszystko notować. Jerry Lewis nagrywał naszą rozmowę, bo jak mi powiedział, zawsze przekręcano jego słowa. Miał bardzo złe zdanie na temat dziennikarzy, ale krytykując ich, sam wystawiał sobie niepochlebną opinię. Wszystko jest kwestią zaufania. Wiarygodność budują jakość pytań i szczerość w kontakcie z rozmówcą. Bycie dziennikarzem polega też na rozpoznaniu granic, których nie należy przekraczać.

Dlaczego wywiad z Gardner, który przeprowadził pan ponad trzydzieści lat temu, ukazał się dopiero teraz?
Nigdy wcześniej nie widziałem w nim materiału na książkę. Rozmawialiśmy w latach 1986–1988 i poprosiła, bym zrobił z tego książkę. W tym czasie pisałem książkę o Johnie Hustonie, co zajęło mi ponad trzy lata. Spotykaliśmy się w zimowe weekendy. Stan zdrowia aktorki się pogarszał, miała wylew, chciała wrócić do domu w Anglii i zaproponowała, żebym jej towarzyszył. Miałem wówczas dwoje małych dzieci, przeprowadzka do Europy byłabym dużym wyzwaniem. Dodatkowo wiązał mnie kontrakt na napisanie innej książki. Zaoferowała mi dużą kwotę pieniędzy, ćwierć miliona dolarów i dwadzieścia procent przychodów ze sprzedaży, co znacznie przekraczało wynagrodzenie za książkę o Hustonie, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Nigdy nie uważałem naszej rozmowy za zakończoną, miałem wrażenie, że dopiero ją zaczęliśmy. Półtora roku temu natknąłem się na pudła z napisem "Ava Gardner", w których były notatki z naszych rozmów. Zacząłem je przeglądać i zrozumiałem, że są znacznie bardziej interesujące, niż mi się wcześniej wydawało. To nie była głęboka analiza jej ról filmowych, które w większości i tak wcale nie były wybitne, ale jej osobowości. Była niezwykłą kobietą, mężczyźni szaleli na jej punkcie – Frank Sinatra, Mickey Rooney, Arti Shaw zrobiliby wszystko, żeby ją zdobyć. Wyzwalała w nich zwierzęce instynkty.

Na czym polegał jej magnetyzm?
Była piękna, wielu uważało ją za najpiękniejszą kobietę świata. Była świadoma swojej seksualności i nie robiła z tego tajemnicy. Poślubiając Mickeya Rooneya w wieku osiemnastu lat, według własnych deklaracji była dziewicą, ale męskie towarzystwo zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność. Uwielbiała pić alkohol, tańczyć, kochała życie nocne. Dla wielu była boginią. Podziwiali ją Hemingway, wielki poeta Robert Graves. Według słów Jackie Bisset, innej pięknej aktorki, w chwili gdy wkraczała do pokoju, kradła wszystkie spojrzenia. Była niezwykłym zjawiskiem. W pierwszym zamyśle chciałem spisać wspomnienia naszych spotkań, ale wtedy odkryłem istnienie innej książki o Avie, autorstwa brytyjskiego dziennikarza Petera Evansa. Gardner spotykała się z nim w tym samym czasie co ze mną, obaj nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. On również nie skończył książki w 1988 roku, Gardner zwolniła go. Zmarł w zeszłym roku. By przyspieszyć sprawy, postanowiłem wydać moją książkę w USA w formie e-booka. Polskie wydanie jest pierwszą drukowaną edycją książki.

Który swój wywiad uważa pan za najlepszy?
Wywiad z Barbrą Streisand był bardzo ważny z wielu powodów. Udowodniłem "Playboyowi", że potrafię robić wywiady i po nim zlecili mi wywiad z Marlonem Brando, który uważam za najważniejszy w mojej karierze. W ocenie "Playboya" był najlepszym wywiadem, jaki opublikowali przez pierwsze 25 lat funkcjonowania na rynku. Brando wcale nie chciał rozmawiać. Spisując wywiad, musiałem odtworzyć walkę, jaką stoczyłem z nim o słowa. Początkowo nie był zadowolony, przysłał mi trzystronicowy list, domagał się, by więcej miejsca poświęcić sytuacji amerykańskich Indian. List jest świetną lekturą, zaczyna się od jego rozczarowania, by zakończyć się refleksją, że wywiad podoba się wielu jego przyjaciołom. Dziękował, że sprawiłem, że był bardziej elokwentny niż w rzeczywistości. W post scriptum dopisał: "Pieprzyć dziennikarzy" (ang. "Fuck the press"). Później nie zgłaszał żadnych obiekcji.

Jak udało się skłonić nieznoszącego dziennikarzy gwiazdora, żeby przyjął pana na prywatnej wyspie?
To nie moja zasługa. Brando był winny przysługę Hugh Hefnerowi (założycielowi "Playboya" – przyp. C.P.), który za dużą kaucję wyciągnął go z więzienia. W zamian oczekiwał, że aktor zgodzi się udzielić wywiadu "Playboyowi". Byłem wówczas początkującym dziennikarzem. Heffner zlecił mi zrobienie wywiadu, który odmienił moją karierę.

Aktorzy wiedzą, jak hipnotyzować widzów. Czy próbowali nad panem zapanować w rozmowach?
Nie tylko aktorzy, wszyscy rozmówcy. Używają trików i słów, który są mi dobrze znane. Wywiad to obustronne aktorstwo, pan i ja również odgrywany teraz swoje role. Choć najczęściej to ja zadaję pytania, to w nich ukryta jest też moja historia. W obecnych czasach ludzie nie mają zbyt wiele czasu na głębszą rozmowę, szybko trzeba przechodzić do sedna rzeczy. Nie ma czasu na gierki.

Czy zdarzyło się panu ocenzurować wypowiedzi rozmówców?
Jeśli wyznanie jest opatrzone zastrzeżeniem "off the record", akceptuję konieczność dyskrecji. Kiedy jednak taka autocenzura jest wyrażona już po wywiadzie, nie mogę jej przyjąć. Mówię, że wezmę ją pod uwagę, ale nie mogę obiecać, że usunę słowa, które padły. Na tym polega istota wywiadu, na otwarciu rozmówcy. Pisząc książkę o Hustonie, dowiedziałem się rzeczy, które zraniłyby jego żonę i dzieci. Wyznanie było sensacyjne, wiarygodne, ale uznałem, że go nie opublikuję. Nie chciałem skrzywdzić ludzi, którzy poświęcili mi swój czas i uwagę za cenę własnej popularności. To kwestia moralnego wyboru. Przeprowadziwszy tyle wywiadów musiałem konfrontować się z najgłębszymi tajemnicami moich rozmówców. Wiele z nich zabiorę do grobu.