Aneta Malinowska, Dziennik.pl.: Cegła to postać, którą łatwo zaszufladkować. Jak z czasem zmieniało się Twoje podejście do budowania tej roli?
Igor Pawłowski, filmowy Cegła: Wiesz, przy pierwszej części to nie było takie proste. Na początku była to raczej bardziej rozbudowana rola epizodyczna niż kluczowa postać. Od startu pełniłem w "Pieprzyć Mickiewicza" "funkcję" komediową, więc łatwo było wpaść w jedną szufladkę. Dopiero w drugiej odsłonie mogłem pokazać coś więcej, czyli że Cegła to nie tylko zlepek głupoty, ale chłopak, który ma emocje, coś przeżywa i jest znacznie bardziej złożony, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
Kiedy poczułeś, że przestajesz się nim bawić, a zaczynasz budować go naprawdę świadomie? Był konkretny moment albo scena, która to przełamała?
Igor: Może zabrzmi to trochę głupio, ale tak naprawdę właśnie dopiero przy drugiej części. Przy pierwszej mogłem sobie trochę zaszaleć, pobawić się - to było dla mnie coś nowego i traktowałem to raczej jak przygodę. Nie wiedziałem wtedy, że powstaną kolejne części. Myślałem, że to będzie jednorazowa, krótka rola.
Później miałem rok przerwy między pierwszą a drugą częścią. W międzyczasie, chwilę po premierze, zacząłem grać w "M jak miłość", zacząłem się też bardziej kształcić aktorsko i do grania zacząłem podchodzić dużo poważniej, zagłębiać się w ten zawód. I właśnie przy drugiej części poczułem, że naprawdę wchodzę w tę rolę głębiej.
Pamiętam to bardzo dokładnie - to była scena w klubie, kiedy zabieramy Korka na imprezę, żeby "ogarnąć" mu dziewczynę. Wtedy naprawdę zacząłem się zastanawiać, jaki jest Cegła, co może myśleć i jak w takiej sytuacji by się zachował. Wszedłem w jego głowę i od drugiej części świadomie budowałem tę postać. Naprawdę w stu procentach ją kreowałem.
Zwłaszcza że rok między pierwszą a drugą częścią był dla mnie bardzo ważny prywatnie. Mam wrażenie, że w tym czasie dorosłem, dojrzałem. Nie byłem już tym samym Igorem, który grał Cegłę w pierwszej odsłonie, więc mogłem sobie pozwolić na więcej i spróbować czegoś nowego. Pójść w tę postać głębiej.
Co takiego było w tej scenie, że nagle wszedłeś w jego głowę bardziej niż wcześniej?
Igor: To była scena, w której Cegła bardzo stara się znaleźć dziewczynę Korkowi, a jednocześnie gdzieś z tyłu głowy ma świadomość, że sam właściwie nie ma żadnych doświadczeń z dziewczynami, że nie przeżył jeszcze tych pierwszych sytuacji. Trochę traktuje Korka jak eksperyment - sprawdza, czy jego "metody" w ogóle zadziałają. I jest w tym niesamowicie zawzięty, mimo że Korkowi wcale aż tak bardzo na tym nie zależy.
I właśnie wtedy ciekawie było wejść w głowę Cegły. Zadać sobie pytanie: co on myśli w momencie, kiedy wywiera taką presję na chłopaku, który jest nieśmiały, jest w spektrum, a on mimo to, tak mocno ciśnie - jakby z jakiegoś wewnętrznego przymusu. Zacząłem się zastanawiać, skąd to się bierze, co nim naprawdę kieruje. I to był ten moment. Zdecydowanie.
Zostańmy jeszcze przy scenach. Czy przy którejś z części był etap, który kosztował Cię najwięcej nerwów? Czego się wtedy najbardziej obawiałeś?
Igor: Hmmm… czy była taka scena, której obawiałem się najbardziej? Właściwie nie konkretnej sceny, tylko całej trzeciej części [śmiech]. Do momentu premiery miałem sporo wątpliwości. Obejrzeliśmy film wcześniej w małym gronie - obsada, nasza reżyserka Sara i część produkcji. Siedzieliśmy w ciszy, w skupieniu, bardziej analizując niż reagując. To nie daje pełnego obrazu.
Dopiero podczas premiery, przy pełnej sali, zobaczyłem, jak to naprawdę działa. W momentach, kiedy pojawiał się Cegła, robiło się głośno: były śmiechy, reakcje, ludzie wchodzili w ten wątek, zastanawiali się, co zrobi, czego nie zrobi, co będzie dalej. Czuć było, że to ich porusza. I wtedy zrozumiałem, że nie mam się już czego bać - że to, co zrobiłem na planie trzeciej części, rzeczywiście się sprawdziło.
A jeszcze, kontynuując ten wątek — właściwie nie mówiłem o tym wcześniej, nie miałem nawet okazji poruszyć tego w żadnym wywiadzie. Na planie trzeciej części PM miałem dość poważne problemy zdrowotne. I paradoksalnie to dało mi ciekawe doświadczenie, z którego postanowiłem skorzystać.
Jak te problemy wpłynęły na Twoją pracę na planie? To był moment kryzysu czy coś, co paradoksalnie Cię wzmocniło?
Igor: Musiałem odłożyć na bok ego związane z tym, jak wyglądam i jak się czuję i skupić się wyłącznie na postaci, a nie na sobie. To było bardzo cenne. Oczywiście teraz już czuję się dobrze, ale wtedy naprawdę było ciężko. Byłem w słabej formie fizycznej i bałem się, że to będzie widać na ekranie. Że to wpłynie na odbiór. Ale wykorzystałem to, co miałem najmocniejsze - sferę psychiczną - żeby stworzyć i wykreować Cegłę w najlepszej możliwej wersji.
To chyba też efekt czasu i praktyki. Mam wrażenie, że przez te dwa lata bardzo dojrzałeś jako aktor. Co dziś robisz na planie inaczej niż przy pierwszej części?
Igor: Tak, dokładnie. Już nie muszę - jak przy pierwszej czy nawet drugiej części - skupiać się na tym, czy dobrze stoję w świetle, czy kamera łapie mnie z dobrej strony. Teraz mogę naprawdę skoncentrować się na roli i na tym, co dzieje się z postacią.
Patrząc na wszystkie części, kto na planie był dla Ciebie największym wsparciem, a kto najmocniej zainspirował Cię zawodowo?
Igor: Największym wsparciem na planie byli dla mnie Hugo i Krystian. Hugo Tarres, czyli filmowy Dante, bardzo pomógł mi w kwestiach przygotowania aktorskiego. Nauczył mnie wielu rzeczy - nie wiem nawet, czy on zdaje sobie z tego sprawę, ale naprawdę dużo mu zawdzięczam. Wspierał mnie przy scenach, w których czułem się niepewnie, kiedy nie do końca wiedziałem, jak coś zagrać. Nie podsuwał gotowych rozwiązań, raczej inspirował. Dawał mi wędkę, nie rybę. I jestem mu za to bardzo wdzięczny.
Z kolei Krystian Embradora, filmowy Mietek, wnosił na plan świetną energię i atmosferę. To, że między nami jest taka chemia, w dużej mierze zawdzięczam właśnie jemu. Oczywiście to zasługa całej ekipy, ale jego wkład był tu naprawdę wyjątkowy.
Jeśli chodzi o inspiracje, to ogromne wrażenie zrobił na mnie Maksymilian Piotrowski, filmowy Maks przy pracy nad drugą częścią. Pamiętam czytanie scenariusza - delikatnie "podsłuchałem", nie będę ukrywać [śmiech] - co prawda na co dzień nie mam takiego zwyczaju, ale wtedy zauważyłem, że sporo rozmawiał z reżyserką Sarą o budowaniu swojej postaci. Patrząc w scenariusz, nie było tam na papierze aż tak dużo Maksa. A jednak sposób, w jaki on tę postać kreował, to, jak głęboko wchodził w psychikę bohatera, naprawdę mnie zaskoczyło. To, co zrobił z filmowym Maksem, absolutnie zwaliło mnie z nóg.
I tym samym to mnie zainspirowało do tego, żeby samemu budować moją postać od podstaw. Zrozumiałem, że każdy z naszych bohaterów to oddzielny człowiek i nie ma tu prostych rozwiązań. Każdy jest inny, każdy ma swoją historię, swoje motywacje. I to, z jakim zaangażowaniem wchodził w to na sto procent. Dlatego gdybym miał wskazać moją największą inspirację - bez wahania byłby to Maks.
"Kiedy ktoś zwraca się do mnie Cegła, reaguję: hola, hola"
Dla wielu widzów jesteś przede wszystkim Cegłą. Jak oddzielasz siebie od postaci, z którą tak mocno Cię utożsamiają?
Igor: Wiesz co, na co dzień staram się dość szybko stawiać granice. Może dlatego, że prywatnie nie utożsamiam się z Cegłą za bardzo. Niestety taka łatka postaci potrafi się przykleić do aktora - w moim przypadku też tak bywa. Zwłaszcza że film, w którym debiutowałem, stał się dużym hitem. Dla wielu osób wcześniej nie było Igora Pawłowskiego - był po prostu Cegła.
Dlatego próbuję to delikatnie tonować. Kiedy ktoś zwraca się do mnie "Cegła", reaguję: Spokojnie, hola hola.
To jest chyba kwestia oddzielania fikcji od rzeczywistości, a z tym wiele osób nadal ma problem. Zresztą nie jest to wcale takie proste. Myślę, że gdybym sam nie był w tej branży, też mógłbym kojarzyć aktora głównie z jego rolą, a nie z tym, że jest po prostu człowiekiem. Więc to rozumiem - ale staram się jednak jasno to rozgraniczać.
Macie bardzo młodą widownię, która mocno utożsamia aktorów z bohaterami. Nie boisz się, że Cegła może przykleić się do Ciebie na lata?
Igor: Nie, właściwie nie. Staram się tym nie przejmować. Chcę się rozwijać i czuję, że to robię. Wkładam w aktorstwo dużo pracy i energii, żeby iść do przodu.
Dlatego nie obawiam się tej "łatki". W planach mam kolejne filmy i seriale, choć nie wszystko zależy ode mnie. Ale przede wszystkim bardzo chciałbym stanąć na deskach teatru. Czuję, że mam do tego predyspozycje.
W szkole aktorskiej, podczas prób spektakli, zajęć z prozy i wiersza, naprawdę to poczułem. To mi się bardzo podobało. I właśnie w tym kierunku chciałbym iść - stopniowo oddalać się od Cegły i budować zupełnie inne role.
Patrząc na pierwszą część i na siebie dziś - czy Twoje myślenie o aktorstwie się zmieniło?
Igor: Mam wrażenie, że od początku moje myślenie o aktorstwie było całkiem trafne. Pamiętam sytuację, kiedy Jerzy Gudejko zapytał mnie, jak ja w ogóle postrzegam ten zawód.
Przygotowywałem wtedy nagranie na ostatni etap castingu do "Pieprzyć Mickiewicza" i pomagał mi w tym właśnie Jurek Gudejko, założyciel mojej agencji aktorskiej. Na początku zapytał mnie, czym według mnie jest aktorstwo. Odpowiedziałem, że to sztuka kłamania.
On powiedział wtedy: "Bardzo dobrze, właśnie o to chodzi". Tylko że to kłamstwo - w pozytywnym sensie - jest bardzo trudne. Trzeba umieć "okłamać" widza do tego stopnia, żeby uwierzył, że jesteś postacią, a nie sobą. Więc nie powiedziałbym, że moja perspektywa na aktorstwo się zmieniła. Raczej się pogłębia. Coraz bardziej dostrzegam nowe możliwości w tym, jak przekonująco "oszukać" widza i sprawić, żeby uwierzył historię, którą ogląda.
Wracając do Cegły - za co najbardziej go cenisz, a co prywatnie mogłoby Cię w nim irytować?
Igor: Bardzo go lubię za energię. Cieszę się, że w pierwszej części wrzuciłem w niego tę energię, którą wtedy jeszcze miałem w sobie - a miałem jej naprawdę dużo.
W drugiej części to już nie była energia Igora, tylko energia Cegły. I bardzo się cieszę, że tak zarysowałem tę postać na początku, bo równie dobrze mogłem pójść w zupełnie inną stronę. Patrząc na scenariusz, na kwestie Cegły i to, co sobą reprezentował, mogłem zrobić z niego na przykład - idąc tropem sceny z kurczakami, gdzie Mietek opowiada o mrożonych krewetkach i gastrofazie - przygłupiego, zjaranego ziomka. Tylko pytanie: co taka postać wniosłaby do fabuły? Niewiele.
Dlatego cieszy mnie, że sposób, w jaki zbudowałem Cegłę od pierwszej części, dał przestrzeń na jego rozwój i pokazanie zupełnie innych twarzy tej postaci.
W trzeciej części uważam, że to już jest dla mnie i dla Cegły zupełnie oddzielny wątek. Chciałbym powiedzieć więcej, doprecyzować, o co chodzi, ale nie będę spoilerować. Zapraszam do kin.
Swoją drogą, naprawdę cieszę się, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło - od pierwszej części aż do teraz. I jestem zadowolony z decyzji, które podejmowałem przy budowaniu tej postaci.
A jeśli chodzi o rzeczy, które mnie w nim drażnią, to chyba ta jego prostota. Humor Cegły nie jest czymś, co w stu procentach ze mną rezonuje. Rozumiem go i wiem, skąd się bierze - gdybym był młodszy, pewnie bez problemu byśmy się dogadali. W tamtym wieku sam miałem podobną wrażliwość. Ale z czasem trochę się to zmienia. Dziś ta jego ekspresyjność i sposób bycia mogłyby mnie momentami po prostu drażnić.
Gdybyś spotkał Cegłę prywatnie, złapalibyście kontakt?
Igor: Porozmawiałbym z nim, ale nie sądzę, żebym się z nim zaprzyjaźnił.
Czy ta rola coś w Tobie zmieniła? W podejściu do przyjaźni, lojalności, relacji?
Igor: Wiesz co, jeśli chodzi o lojalność, to akurat z tym najbardziej utożsamiam się z Cegłą - i bardzo mnie to cieszy, bo to jedna z jego najlepszych cech. On naprawdę trzyma się swoich chłopaków i jest im oddany w stu procentach. Widać, że są dla niego ważni.
Prywatnie też mam dwóch przyjaciół, z którymi przyjaźnię się od pierwszej klasy liceum i wobec nich jestem tak samo lojalny jak Cegła wobec swoich kumpli. Więc on mnie tego nie nauczył - tę cechę miałem w sobie już wcześniej. Ale właśnie w tej kwestii bardzo się z nim utożsamiam.
Wróćmy jeszcze do ekipy. Po trzech częściach wyglądacie np. w mediach społecznościowych jak bardzo zgrana paczka. Na ile to obraz z zewnątrz, a na ile realna relacja poza planem?
Igor: Trzymamy kontakt, jak najbardziej. Wiadomo, nie z każdym w takim samym stopniu, bo część z nas mieszka w różnych miastach. Niektórzy studiują i to są naprawdę wymagające kierunki — zwłaszcza Akademia Teatralna, gdzie zajęcia potrafią trwać po 12–14 godzin dziennie. Wtedy po prostu nie ma opcji, żeby regularnie się spotykać i czasem przez dłuższy czas nie ma na to przestrzeni.
Ale kiedy już się widzimy - czy to prywatnie, czy wracając co roku na plan zdjęciowy - to jest tak, jakbyśmy nie widzieli się dwa dni. Ta energia i relacja od razu wracają.
Gdy patrzysz w przyszłość - co jest dziś Twoim największym zawodowym celem? Bardziej: konkretna rola czy raczej rozwój i kolejne kroki w nauce?
Igor: Wymarzonej roli jeszcze nie mam. Czasami trafiają się takie, które są mi bardzo bliskie - naprawdę rezonują i świetnie mi się je gra, ale nie mam jednej, konkretnej, wymarzonej.
Same castingi są dla mnie super doświadczeniem. To genialna okazja, żeby się dalej rozwijać, bo każdy casting to nowe wyzwanie. Nawet na krótkim fragmencie scenariusza można coś zbudować, pokombinować, poszukać własnego rozwiązania.
Jeśli chodzi o plany na przyszłość, to przede wszystkim rozwój. Czuję, że będąc na etapie, na jakim jestem teraz, w pewnym momencie mógłbym dojść do ściany, której sam nie przeskoczę. Dlatego w tym roku będę zdawał na Akademię Teatralną — do wszystkich szkół w Polsce. Wiem, że to trudne. Przez ostatnie dwa lata trochę się to nie układało.
W zeszłym roku zdrowie mi nie pozwoliło. W tym roku jednak będę próbował ponownie i mam nadzieję, że się uda, choć wiem, że to wymagające. Akademia Teatralna to dla mnie takie prawdziwe wejście w poważne aktorstwo. Oczywiście mogę i robię to na własną rękę — przez ostatni rok byłem w szkole aktorskiej Machulskich — ale czuję, że trzeba iść dalej.
Nie wyobrażam sobie stać w miejscu. Kiedy czuję, że się nie rozwijam, pojawia się we mnie jakaś pustka. Dlatego będę szedł w tę stronę.
Brzmi jak dobry plan. Bardzo mocno Ci życzę, żeby wszystko potoczyło się tak, jak sobie wymarzyłeś. I dziękuję za rozmowę.