W Stanach jeszcze przed premierą "Juno" pojawiły się głosy, że film o nastolatce w ciąży o komediowym wydźwięku może zachęcać młodzież do wczesnego rozpoczynania współżycia.

Ellen Page: Cóż, bardzo mi przykro, że muszę informować amerykańskie sołeczeństwo: tak, nastolatki też uprawiają seks! Więc może zamiast się użalać, należałoby o tym rozmawiać? Może wtedy niechcianych ciąż będzie mniej?

To prawda, że do roli w "Juno" przygotowywałaś się, pilnie studując książkę "Ciąża dla opornych"?

Przez cały czas pracy nad rolą była moją lekturą do poduszki. Kilka razy szczegóły dotyczące życia płodowego naprawdę mnie zadziwiły. Okazało się, że niewiele wiem o ciąży, więc książka dała mi ogólne wyobrażenie na temat stanu, w jakim znalazła się moja bohaterka.

Musiałaś wziąć udział w castingu? Kiedy patrzy się na twoją kreację, można odnieść wrażenie, że rola została napisana specjalnie dla ciebie.

Scenariusz przeczytałam już dwa i pół roku temu. Tak przypadł mi do gustu, że czym prędzej powiedziałam o tym reżyserowi Jasonowi Reitmanowi. Diablo Cody napisała naprawdę niesamowitą historię. Ale mój entuzjazm nie wystarczył i musiałam przejść standardowe testy przed kamerą. Kiedy dołączyłam do obsady, Jason miał już wyobrażenie na temat wszystkich postaci, a część ról była rozdana. Ćwiczyłam więc z Jasonem Batemanem, który grał ojca adopcyjnego mojego dziecka i moim filmowym tatą - J.K. Simmonsem. Choć bardzo lubię improwizować na planie, tym razem się powstrzymywałam, żeby niczego nie zmieniać w doskonałym scenariuszu.

Nie zagrałabyś pewnie w "Juno", gdybyś nie odniosła sukcesu w "X-Menie 3". Podobno kręciłaś nosem na rolę mutantki i byłaś o krok od rezygnacji z niej.

Ale nie dlatego, że miałam coś przeciwko komiksowi czy samej historii. Byłam świeżo po skończeniu liceum i chciałam po prostu cieszyć się beztroskim życiem nastolatki. W końcu jednak reżyser Brett Ratner przekonał mnie do roli mutantki. Jestem mu za to wdzięczna. Zresztą propozycję sporej roli miałam już wcześniej. Chodziło o słynny sitcom, miałam zarabiać kupę forsy, ale musiałabym się przenieść do Los Angeles. Miałam 13 lat, rodzice się nie zgodzili. Dziś wiem, że mieli rację.

Da się w ogóle porównać kręcenie skromnego "Juno" i megaprodukcji, jaką jest "X-Men"?

To zupełnie inny rodzaj pracy. Dwustumilionowy budżet, jaki mieli "X-Meni", pozwala na kręcenie przez pięć - sześć miesięcy. "Juno" kosztował marne siedem milionów, więc zdjęcia musieliśmy skończyć w półtora miesiąca. Chodzi głównie o komfort pracy, bo na przygotowanie aktorskie i wkład w budowanie postaci nie ma to żadnego wpływu.

Jak to się stało, że Jason Reitman, reżyser "Juno", pozwolił ci na wybranie ścieżki dźwiękowej do filmu?

Po prostu zapytał mnie: "Jak myślisz, jakiej muzyki słuchałaby Juno?". Ściągnęłam mu więc z iTunesa, najzupełniej legalnie, za pieniądze, parę piosenek swoich ulubionych wykonawców, np. Moldy Peaches. Bardzo mu się spodobały. Dopiero potem się dowiedziałam, że zamierza je wykorzystać w filmie. Gdybym się domyśliła, że tak zrobi, wcisnęłabym tam jeszcze więcej. Do Juno pasowałyby uwielbiane przeze mnie Radiohead, Sigur Rós, CocoRosie, JJ Johansson czy Cat Power.

Pamiętasz spotkanie z Diablo Cody?

Po raz pierwszy spotkałyśmy się na dzień przed rozpoczęciem zdjęć. Trochę się denerowałam, bo - co tu dużo mówić - nie chciałam schrzanić sprawy. Ale od początku dobrze się rozumiałyśmy.

Tak dobrze, że kiedy dostałaś nominację do Oscara, przysłała ci SMS-a o treści "a nie mówiłam"?

Tak. Ale to ona w końcu dostała nagrodę. A nie mówiłam? (śmiech).

--