Roland Emmerich: Miałem najpierw w planach prace nad filmem o kwestii autorstwa prac Szekspira. Ale w związku z tym, że dla wytwórni Sony ostatni rok nie był najlepszy, polecili mi, żebym najpierw wystartował z "10 000 BC". Potem jednak okazało się, że i z tego planu nici, bo "Spiderman" był za drogi. Postawiono mi ultimatum: albo przesuniemy twój film przynajmniej o rok, albo muszę sobie poszukać innego studia. Tak trafiłem do Warner Brothers.
Na szczęście jeszcze mi się nie zdarzyło, bym zrobił w Hollywood film, który nie zarobił takiej kasy, jaką w niego wpompowaliśmy. Dlatego generalnie jestem wyluzowany. Czuję nawet, że noga powinna mi się powinąć, że powinienem wypuścić jakiegoś gniota, finansową porażkę. Może to dlatego nie boję się robić rzeczy, których inni się nie podejmują.
Jeśli film kosztuje tyle co ten, z zatrudnianiem gwiazd nie ma problemu. Studio zwykle jest gotowe wyłożyć dodatkowe bajońskie sumy na gaże dla superznanych aktorów. Dzięki temu promocję filmu może mieć praktycznie za darmo.
Może nie do końca mi się to podoba, ale chyba tak właśnie jest. Tak dobrze się czułem, robiąc "Patriotę", że praktycznie byłem jak cień Mela Gibsona. Proszę go zapytać.
Może nie najbardziej ambitny, ale z całą pewnością najcięższy w przygotowaniach. Szczególnie pod względem pogodowym - mieliśmy na planie każdy rodzaj aury, którego akurat najmniej sobie życzyliśmy. To tak, jakby Bóg chciał mnie pokarać za zrobienie "Pojutrze". Często z tego żartowaliśmy z resztą ekipy. Najstraszniej było chyba wtedy, gdy namówiłem ekipę na wyjazd do Nowej Zelandii, zapewniając, że to świetny pomysł. Nie był. Pierwszego dnia zdjęciowego spadł potężny śnieg. Nie miałem pojęcia, co robić. Schroniłem się w chatce staruszki, jedynym wnętrzu krytym dachem, które mieliśmy wtedy w scenografii. Potem śnieg trochę stopniał, ale to była ciągła walka z żywiołem.
Wszyscy mówią o mamutach, a ja wolę o siatce, która chwyta jedno ze zwierząt. To dopiero było ambitne przedsięwzięcie. Musieliśmy tę siatkę zaprojektować z włosów, tak żeby wyglądała jak najbardziej naturalnie. Chyba po raz pierwszy w 100 procentach jestem absolutnie zadowolony z wizualnych efektów w swoim filmie. W "Pojutrze" presja czasu była zbyt duża, żebym mógł się nimi nacieszyć.
W "Parku jurajskim" pokazano pierwsze cyfrowo zrobione zwierzęta i to było coś ekscytującego. Ale efekty cyfrowe stanowiły tam tylko jakieś 20 - 30 procent, reszta była robiona ręcznie. W "10 000 BC" całość jest cyfrowa. Wszystkie postacie ludzkie widoczne na drugim planie to też cyfrowe dzieło. Jestem z tego bardzo dumny.
Broń Boże! Mój ojciec zmarł trzy lata temu, mieliśmy bardzo dobre układy. Może to dlatego pociągają mnie historie o ojcostwie? Tata miał na mnie duży wpływ, w pozytywnym sensie. Nie był szczęśliwy, gdy wybrałem biznes filmowy. Miał rację, bo przynajmniej w Niemczech nie da się na tym zrobić kokosów. Chciał, żebym działał w rodzinnej firmie zajmującej się sprzedażą sprzętu ogrodowego, jak moi dwaj bracia. Ale kiedy w szkole filmowej nakręciłem pierwszy film, który potem pokazywano na festiwalu w Berlinie, dostrzegł, jak ciężko pracowałem i przekonał się, że jednak można z tego żyć. Od tamtej chwili mogłem liczyć na jego wsparcie w kontaktach z bankami i poszukiwaniach źródeł finansowania moich projektów.
To bardzo krwawe filmy, mój jest bardziej familijny. A ja nie lubię krwi - jak babcię kocham!
Tam była uzasadniona antywojenną wymową opowieści. W proteście przeciwko wojnie trzeba pokazywać, jaka ona jest brutalna.
Każdy wybitny reżyser jest inspiracją dla młodego reżysera. Osobowości takie jak Kubrick mnie pociągają. Tak samo jak wielkie filmy. Pamiętam, jak mama zabierała mnie na "Doktora Żywago". To było coś niesamowitego! Na dodatek w trakcie seansu w kinie była przerwa. Szło się na hot doga, trochę pogadać, by znów powrócić do magicznego świata historii z ekranu.