Dziennik Gazeta Prawana logo

Tom Hanks i Julia Roberts ratują Afganistan

22 lutego 2008, 09:27
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Tom Hanks i Julia Roberts ratują Afganistan
Inne
"Wojna Charliego Wilsona" usiłuje na poważnie rozliczyć Amerykę z zaangażowania w Afganistanie. I choć nie do końca się to udaje, próba nie wypada najgorzej.

Wojnę w Afganistanie (nie tę dzisiejszą, ale tę z lat 80.) wygrywał kiedyś w kinie komandos John Rambo. Czasy się zmieniły i dziś Amerykanie Rambo nie wysyłają ani do Afganistanu, ani do Iraku, tylko każą nieść złudną nadzieję Birmie. Jarmarczne widowiska kina akcji mało kogo podnoszą dziś na duchu, już lepiej spróbować sprzedać ku pokrzepieniu serc inną prawdę. Okazuje się, że głównym sprawcą radzieckiej klęski w Afganistanie był pewien kongresman z Teksasu Charlie Wilson (Tom Hanks). Dowiedziawszy się, że CIA przeznacza na pomoc dla tamtejszych partyzantów i uchodźców marnych 5 milionów dolarów, poleciał zobaczyć walki na własne oczy. Spotkał się z prezydentem Pakistanu, odwiedził przerażające obozy dla ofiar wojny, porozmawiał z bojownikami, którzy narzekali na brak broni i środków do walki ze świetnie wyposażoną Armią Czerwoną. A po powrocie do Waszyngtonu z pomocą przyjaciółki, kochanki i filantropki (Julia Roberts) oraz anarchicznego agenta CIA (Philip Seymour Hoffman) zabrał się do roboty. Wykorzystując kontakty w Izraelu i Egipcie, umiejętnie lobbując, sprawił, że do Afganistanu zaczęła płynąć rzeka pieniędzy i broni.

Czy to wszystko prawda? Na pewno w wersji uproszczonej i po hollywoodzku przystępnej. Niemniej jednak Wilson to postać autentyczna i wówczas w Kapitolu znacząca. Mike Nichols proponuje więc historię prawdziwą, choć przykrojoną do wartkiej i klarownej konwencji polityczno-dyplomatycznego dramatu. Wykorzystuje też fragmenty dokumentalnych zdjęć, urywki telewizyjnych relacji oraz wprawnie wystylizowane dokrętki.

Dość wiarygodnie wypada też wątek rozliczeniowy. Pomagający Wilsonowi, agent CIA nie ukrywa, że na Afganistanie mu specjalnie nie zależy, tylko na wykrwawieniu się ZSRR. Tyle że owe motywacje przestają być ważne. W końcu osłabienie imperium zła to cel szczytny, a fakt że przy okazji wspierania religijnych radykałów Ameryka wyhodowała nowego wroga, z którym dziś prowadzi wojnę to wyłącznie kwestia zaniedbania, które sam Wilson podsumowuje słowami: "Pomogliśmy im wygrać tę wojnę, a potem spieprzyliśmy całą sprawę". Wiary w szlachetne intencje jego rodaków to nie uszczupla, za to wpisuje się zręcznie w kontekst współczesnej krytyki amerykańskiej polityki. Krytyka to bezpieczna, podobnie jak i samo rozliczenie, bardziej tryumfalistyczne niż cokolwiek podważające. Przy okazji udaje się dokopać Bushowi i Republikanom. Sympatie polityczne Mike’a Nicholsa odczytać nietrudno, bo oto okazuje się, że prowadzący rozrywkowe życie liberalny kongresman jako polityk może być nie tylko skuteczny, ale i ma moralną rację. Demagogia? Być może, ale jakże dla liberalnych kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenckich, miła.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj