Jesteś komikiem, piosenkarzem, aktorem... Kiedy się patrzy na twoją karierę wszystko wydaje się takie proste...

Jamie Foxx: Tak, ale nie jest! Nie obudziłem się pewnego dnia i nie powiedziałem sobie: "Chyba chciałbym być komikiem, piosenkarzem i aktorem!". To nie są typowe zawody, nie wystarczy pójść do szkoły, skończyć ją i poszukać pracy. Albo ma się to coś albo nie. A nawet jeśli się ma, i tak nie jest łatwo. Na przykład muzyka. Ja lubię łagodne r&b, a w pewnym momencie królował hip-hop. Musiałem zaczekać, aż ludziom znudziły się teksty o gangsterach i strzelaninach. Warto było, bo mój album "Unpredictable" tylko przez pierwsze dwa dni sprzedał się w 600 tysiącach egzemplarzy. Śpiewam o miłości, a ludzie to lubią. Zwłaszcza kobiety, które chcą być kochane.

Czytałem, że prosisz kobiety, by mówiły do ciebie: "Zdobywca Oscara, Jamie".

Jasne. Gdy się kochamy i słyszę: "Och Jamie", natychmiast reaguję: "Nie kochanie. Co mówiłem? Zdobywco Oscara, Jamie!". To pierwszy dowcip, jaki powiedziałem po zdobyciu Oscara. Jestem komikiem i lubię sobie ze wszystkiego żartować. Denzel Washington nigdy by sobie na to nie pozwolił, ale dla mnie to najzabawniejsza rzecz na świecie: ja wygrałem Oscara!

Dotarłeś na szczyt. Bawi cię bycie gwiazdą Hollywood?

W tej chwili dobrze mi się powodzi zarówno w muzyce, jak i w filmie. Ale gdy dobra passa się skończy, nie zabiję się z rozpaczy. Tak naprawdę jesteś tak dobry jak twój ostatni film. Gdy mówisz o szczycie, myślę o ludziach takich jak Clint Eastwood, Warren Beatty, Harrison Ford, Tom Cruise... Aktorach, którzy są tam od wielu lat. Często zbyt szybko okrzykujemy kogoś gwiazdą. W danej chwili możesz być na topie, ale jak powiedział Quincy Jones: "Show-biznes to maraton, a nie sprint".

Dobrze się czujesz w roli gwiazdy?

Trudno być Afroamerykaninem w tej branży. W latach 60. był tylko jeden czarnoskóry facet - Redd Foxx, w latach 70. Richard Pryor, a w 80. Eddie Murphy. W latach 90. ta sytuacja w końcu zaczęła się zmieniać. Gdy popatrzysz na Willa Smitha, Chrisa Tuckera, Chrisa Rocka... Wszyscy świetnie zarabiają i przynoszą wytwórniom mnóstwo kasy.

Według ciebie bycie gwiazdą polega na zarabianiu pieniędzy?

Może nie w stu procentach, ale generalnie tak. Czy uważasz Adama Sandlera za wielką gwiazdę? Pewnie nie, a przecież zarabia on na swoich filmach fortunę. Tak samo Will Farrel. Gwiazdą zostaje się dzięki temu, co o tobie ludzie myślą i czy cię lubią.

Czy twoje życie zmieniło się po osiągnięciu sukcesu?

W porównaniu z czasami, gdy nie byłem znany? Niewiele, ale dobrze jest wiedzieć, że mam pieniądze, gdybym ich potrzebował. Od dawna nic nie kupiłem. Nadal mieszkam w swoim starym domu przy stacji benzynowej, chociaż nabyłem już nowy.

Podobno urządzasz w domu imprezy i masz listę osób, które chcesz zapraszać, a których nie...

To prawda. Chcę otaczać się fajnymi ludźmi. Mam tę samą listę od siedmiu lat. Pomysł zaczerpnąłem z klubów, w których występowałem jako komik. Widziałem różne typy, które przychodziły na moje występy. Niektórzy byli fajni, inni nie. Zacząłem spisywać nazwiska tych pierwszych. I w ten sposób powstała moja lista.

Jakie masz plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

Nagrywać dobrą muzykę, kręcić wartościowe filmy i rozśmieszać ludzi. Jestem bardzo zadowolony z mojego ostatniego albumu. Miałem też dużo szczęścia przy wyborze filmów, w których zagrałem - "Miami Vice", "Dreamgirls", "Królestwo"... Nie mogę się też doczekać następnego projektu, filmu "The Soloist" z Robertem Downeyem Jr. w reżyserii Joe’a Wrighta. To będzie coś wyjątkowego.