Fort Smith w stanie Arkansas; terytoria indiańskie, Oklahoma; około roku 1870 – "Prawdziwe męstwo"

Bracia Coen odkrywają Dziki Zachód. Takim, jaki był naprawdę, i takim, jakim znamy go z kina. Dbając o każdy detal, odwzorowują miasteczko Fort Smith w Arkansas w skali 1:1. Saloon, stacja kolejowa, chińska restauracja, hotel, zakład pogrzebowy, miejska szubienica, biuro szeryfa. Niby znamy te miejsca z westernów, ale u Coenów umowna topografia poddana zostaje gruntownej rekonstrukcji. Dekoracje zamieniają się w szarą rzeczywistość pokrytą kurzem, brudem, rozłażącą się w szwach i znaczoną bezprawiem. Coś między mitycznym Rio Bravo a slumsowatymi, byle jak skleconymi budami z filmów Sama Peckinpaha. Górzyste pejzaże terytorium Indian łączą romantyczną mitologię z jej zaprzeczeniem. Dziki, nieprzyjazny krajobraz z ubarwiającym go wisielcem albo nadjeżdżającym znikąd człowiekiem niedźwiedziem niepokoi, ale też fascynuje. Ta przestrzeń inicjuje dialog między mitycznym a prawdziwym Dzikim Zachodem, westernową i antywesternową tradycją, spór między Północą a Południem w kontekście niedawno zakończonej wojny secesyjnej. Miejsca, ludzie, kultura pionierów – wszystko to jest u Coenów do bólu realne, a jednocześnie symboliczne. Jak z przewodnika po Dzikim Zachodzie i westernowego skansenu jednocześnie.

Missisipi; rok 1937 – "Bracie, gdzie jesteś"; lata 90. – "Ladykillers, czyli zabójczy kwintet"

Bagniste rejony Missisipi z końca lat 30. odmalowane z pedantyczną wiernością realiom. Zarazem Coenowie przenieśli to miejsce w wymiar ponadczasowy. Historia trójki uciekinierów z więzienia przemierzających południowe stany jednocześnie parafrazuje "Odyseję" i tworzy summę mentalnego krajobrazu tego regionu z czasów Wielkiego Kryzysu. Południe jest u Coenów sympatycznie zapyziałe, tajemnicze, ekscentryczne, dziwaczne. To kolebka bluesa, świątynia wudu, mekka Ku-Klux-Klanu, oaza zwolenników prohibicji, centrum produkcji domowej whisky, twierdza purytanizmu i religijnej dewocji, kraina dziwek i stręczycieli, raj legendarnych rabusiów zdolnych obrobić trzy banki w dwie godziny. Słowem mityczny amerykański tygiel wywiedziony z realności, potocznych wyobrażeń, literackich sag i filmowych wizerunków. Za naszych czasów krajobraz niewiele się zmienił. W "Ladykillers" jest nieco uproszczony, ale z tymi samymi punktami zaczepienia: chór kościelny, konserwatywne rytuały, zgrzebna prostota. Momentami zakrawa to na karykaturę, ale czuć, że bracia Coen mają do południowego tygla wiele sentymentu.


Los Angeles, Kalifornia; rok 1941 – "Barton Fink"; lata 90. – "Big Lebowski"; rok 2002 – "Okrucieństwo nie do przyjęcia"

Za Los Angeles Coenowie nie przepadają. Jeśli umiejscawiają tu akcję swoich filmów, to kpią z tego miasta, niezależnie od czasu, o którym opowiadają. W "Bartonie Finku” oglądamy Hollywood lat 40. oczyma obiecującego scenarzysty, który krótko zachwyca się jego urokiem, a z czasem zaczyna postrzegać jako więzienie zarządzane przez apodyktycznych nuworyszy, obóz pracy przymusowej dla wielkich pisarzy i siedzibę szaleństwa ukrytego za efektownym sztafażem. Odpadające ze ścian luksusowego hotelu tapety mogą tu posłużyć za symbol odzierania Hollywood z masek pozorów.

Współczesne Los Angeles z "Big Lebowskiego" jest jeszcze gorsze. Zamieszkiwane albo przez milionerów oszustów, albo kabotynów z arystokratycznymi pretensjami, albo puszczalskie lolity, albo dorobkiewiczów z pornobiznesu, szpanujących domami z basenem i limuzynami długości tramwaju. W tym mieście trudno nie zwariować jak pewien otyły weteran z Wietnamu, a jeszcze trudniej utrzymać status przegranego kolesia, który marzy tylko o tym, by odzyskać swój dywan i pograć w kręgle. Najgorsze, że nic się tutaj nie zmienia. W "Okrucieństwie nie do przyjęcia" znów mamy elegancki sztafaż Beverly Hills, za którym kryją się snobizm, sztuczny blichtr i intrygi. Tapety ciągle odpadają.


Minnesota; rok 1967 – "Poważny człowiek"; lata 90. – "Fargo"

Lata 60. na Środkowym Zachodzie to czasy wielkiej budowy. Prerie i pola kukurydzy zmieniały się w schludne przedmieścia, które dopiero za chwilę usłyszą o rewolucji obyczajowej. Bracia Coen sami dorastali na jednym z takich przedmieść w Minneapolis. Kręcąc „Poważnego człowieka”, powracali do miejsc, które dobrze znali, filmując wyłącznie w naturalnych przestrzeniach. Synagoga, szkoła religijna, osiedla, wnętrza domów – wszystko odtworzyli, jak sami mówią, z własnej pamięci. Także klimat czasów, naznaczonych niepewnością, zaostrzającym się kryzysem tradycyjnych norm w żydowskiej enklawie wypieranych przez kulturę ogólną, zacierającą granice tożsamości, stawiającą pytania, na które nie było gotowych odpowiedzi. Nie po raz pierwszy Coenowie powrócili do Minnesoty. Wcześniej w "Fargo" pokazali ją inaczej – nie wielkomiejską, ale prowincjonalną, rozpostartą na wielkich przestrzeniach zasypanych śniegiem. Mroźnych, przyprawiających ludzi o zagubienie i melancholię, doprowadzających do szaleństwa, ale i łączących w solidarny krąg. Tamten obraz też odtwarzali z pamięci. Bez sentymentów, ale też z odrobiną ciepła uosabianego przez policjantkę graną przez Frances McDormand. To ona mówi: "Tutaj zawsze jest zimno. Ludzie od tego wariują. I dlatego musimy sobie pomagać".


Teksas; lata 80. – "Śmiertelnie proste", "To nie jest kraj dla starych ludzi"

Tu rozgrywają się u Coenów pojedynki dobra i zła. W Teksasie nakręcili swój pierwszy film "Śmiertelnie proste". Dopiero jednak w „To nie jest kraj dla starych ludzi” ukazali jeden z najbardziej mitologicznych amerykańskich krajobrazów: rozległe obszary na granicy USA i Meksyku. Sfotografowali Teksas tak, jakby w mityczną westernową krainę wkraczał świat współczesny. Teksas Coenów przesiąknięty jest klimatem grozy i samotności, pierwotną dzikością odbijającą minioną przemoc, ale też poetyckim romantyzmem. W tym krajobrazie konstruują krwawy moralitet odsłaniający kawałek piekła na ziemi.

O piekle opowiada w prologu beznamiętnym głosem Tommy Lee Jones. Jako małomiasteczkowy szeryf wspomina ojca – również szeryfa – dawnych wiarusów, którzy nawet nie musieli nosić broni. I dawne zbrodnie, zupełnie inne niż te dzisiejsze. Amerykańskie mity, sny, wartości, celebracje i traumy nawet – z wietnamską włącznie – są po kolei unieważniane, dekonstruowane, same obnażają własną pustkę. Choć akcja rozgrywa się w latach 80., chodzi Coenom o Amerykę współczesną – o jej portret odarty ze złudzeń. To nie jest już ani raj, ani kraj dla starych, dobrych ludzi, którzy w mity i sny jeszcze wierzą. I to jest chyba kwintesencja Ameryki Coenów.