Trzeba oddać sprawiedliwość twórcom pełnomatrażowej wersji kultowego serialu. Otrząsnęli się trochę po pozbawionej fabuły, wdzięku, dowcipu, seksu (i miasta) pierwszej części. Zadbali o to, by w dwójce było nieco pikantniej, historia odrobinę bardziej przypominała coś, co z grubsza można by nazwać fabułą, a momentami nawet udaje się im sprzedać kilka dowcipów. Niestety, na poziomie realizacji pozostali na etapie błyszczącej reklamy, nie próbując nawet uczynić swojego produktu bardziej filmowym.

Reklama

Oto bohaterki filmu wpadają w poważny kryzys. Nimfomanka Samantha za pomocą hektolitrów kremów i ton pastylek walczy z menopauzą, ambitna Miranda stawia czoło dyskryminacji kobiet w pracy, Charlotte nie radzi sobie z buntem dwuletniej córeczki, a Carrie zastanawia się, czy rutyna i wylegiwanie się na kanapie nie zniszczyło jej wymarzonego małżeństwa. Lekiem na całe zło ma być wspólny wypad przyjaciółek do Abu Zabi, gdzie Samantha ma się zająć PR-em luksusowego hotelu.

Pierwsza godzina filmu wprowadzająca nas w aktualne dramaty i rozterki bohaterek jest dość zabawna i z małymi zastrzeżeniami znośna. Dramat zaczyna się, gdy przyjaciółki wsiadają do luksusowego odrzutowca, który ma je powieźć na Bliski Wschód. Żarty oparte na różnicach kulturowych kompletnie nie wypaliły (aresztowanie za seks na plaży itd.). Do tego z braku innych pomysłów twórcy filmu idą sprawdzonym szlakiem folderu reklamowego pięknego kurortu, drogich butów i pokazu mody. Te zaś nieśmiało przeplatają dywagacjami o zdradzie, wierności i granicach zaufania w związku.

W sumie mało przekonujące i niezbyt dramatyczne są te ich perypetie, a i ciuchy tym razem z kontrowersyjnych kolekcji, więc ani na czym oka zawiesić, ani na historii się skupić raczej jako widzowie nie mamy szansy. Twórcy „Seksu...” chyba zresztą zrozumieli, że rewolucja, jaką wywołał ich serial, już nieco przebrzmiała w świecie Zachodu, dlatego wysłali swoje bohaterki, by głosiły dobrą nowinę wyzwolenia seksualnego wśród ucieśnionych muzułmanek. Owszem, ich cywilizacja jest daleko za naszą, jeśli idzie o równouprawnienie, ale czy to uprawnia do traktowania widza jak opóźnionego?