Na mozaikę składają się cztery nowelki. Każda jest niby oddzielną opowieścią, ale jednak połączoną z pozostałymi jakimś fabularnym motywem, postaciami bohaterów z tła, którzy w kolejnej historyjce awansują na pierwszy plan, no i ogólnym zamysłem formalnym odkrywającym zdarzenia stojące za zdjęciem zrobionym telefonem komórkowym, i to właśnie komórka w każdej z nowel pełni istotną rolę.

Reklama

W pierwszej młoda reporterka brukowego dziennika „Takt” (skojarzenia jak najbardziej uprawnione) robi telefonem zdjęcia byłemu ubekowi, co to śledził Kuronia i ma w piwnicy całe archiwum peerelowskich tajemnic. W drugiej ta sama komórka staje się stawką zakładu między pracownikami izby wytrzeźwień a safandułowatym pracownikiem korporacji, który nie upilnował japońskiego kontrahenta. Teraz musi wygrać mecz w komputerowej grze „FIFA 2009”, by wydobyć się z kłopotów. W trzeciej telefon trafia do pewnego osiłka, który z dużo bardziej brutalnym kolegą napadnie na mieszkanie starszej pani. W ostatniej wreszcie komórkę dostanie sąsiad owej starszej pani, który niebawem umiera. Jego wnuczka nie zdąża z Anglii na pogrzeb, a gdy już przyjeżdża, zaczyna odbierać głuche telefony.

Lusiński za bardzo chce pokazać w swoim filmie Polskę w pigułce: zderzyć współczesność z historią, realność z mitologią, pokazać obyczaje, codzienność, uchwycić panoramę społeczną, słowem zanurzyć polską wioskę w szklance wody. W każdej opowieści trochę inaczej, w innym stylu, gatunku i konwencji plastycznej (do każdej części zdjęcia robił inny operator). Początek jest koszmarny: zbity gwoździami z samych stereotypów, głupi i mimo wysiłków nieśpieszny. Z czasem jednak coś się jednak zmienia.

Druga nowelka mimo absurdalnej konstrukcji ma już całkiem dobre momenty (zwłaszcza dialog o nieudanych próbach samobójczych między Zofią Merle i Marianem Opanią), w trzeciej historyjce trudno już uwierzyć, że oglądamy ten sam film co na początku. W świetnie spuentowanej anegdocie o pechowych zbirach miesza się cynizm z czułością, schamiała współczesność ze straszną i szlachetną przeszłością. W czwartej części za wiele chciał Lusiński powiedzieć naraz (o londyńskiej emigracji, lesbijskiej miłości i Powstaniu Warszawskim), ale fabułka jest zgrabna, z głową opowiedziana i wciągająca.

Za wiele tu ambicji na wyrost, za wiele rozmienionych na drobne dobrych intencji, za wiele niespełnionych obietnic, by się ta mozaika ułożyła w równą i spójną całość. Dobry pomysł na film szlag trafił, ale są niezłe momenty, smakowite etiudy aktorskie (choćby Edwarda Lubaszenki czy Andrzeja Grabowskiego).