Po obejrzeniu Niani” ma się poczucie, że podczas wszystkich dyskusji o drodze współczesnego kina, 3D, motion capture, performance capture itd. tęskniliśmy za klasycznym płaskim obrazem i sztuką opowiadania, a nie zaskakiwania.

Reklama

To symptomatyczne, że choć minęło pięć lat od premiery pierwszej „Niani”, szlachetny wzór nieco archaicznej bajki w kinie jakoś nie doczekał się godnej konkurencji. Druga część brytyjskiej produkcji startuje w zgoła innych warunkach. W atmosferze przesytu licytacji na nowinki technologiczne i coraz dziwniejsze stwory opowiadające coraz bardziej hermetyczne dowcipy. Trójwymiarowa wersja przygód Shreka, który przecież swego czasu był rewolucją w animacji dla dzieci, nie przyniosła planowanych dochodów w Stanach. Za to wielki sukces odniósł wzorcowo staroświecki, jeśli idzie o treść, „Odlot” Disneya.

„Niania i wielkie bum” idzie dalej – nie tylko opowiadanie jest tu utrzymane w oldskulowej konwencji, ale także technika filmowa. Nie wykluczam, że paradoksalnie staroświecki sznyt może się okazać nowością sezonu. Fabuła filmu oparta jest na powstałych w latach 60. książkach brytyjskiej pisarki Christanny Brand (notabene bardziej znanej jako autorki kryminałów), adaptowanych przez Emmę Thomson, która wciela się też w postać tytułowej niani.

Trwa wojna, samotnie opiekująca się trójką dzieci pani Green (Maggie Gyllenhaal) próbuje pogodzić opiekę nad niełatwymi podopiecznymi, prowadzenie zadłużonej farmy, prace w sklepie sklerotycznej staruszki (Maggie Smith) i zachować dobrą minę, choć od kilku miesięcy nie miała wieści z frontu od męża. Do tego bogaci krewni z Londynu zwalają jej na głowę kolejny kataklizm: dwójkę swoich upiornie snobistycznych dzieci.

W tym samym czasie podejrzany kuzyn pani Green – właściciel połowy jej farmy – ucieka się do różnych perfidnych podstępów, by namówić ją do sprzedaży skromnego majątku. W cały ten bałagan wkracza niania McPhee (Emma Thompson), która przedstawia się jako oddelegowana i opłacona przez wojsko opiekunka.

„Niania i wielkie bum” przypomina, o co właściwie w bajkach chodzi. Że ostatnie próby pogodzenia rozrywki dla dzieci i dla dorosłych, w których specjalizował się DreamWorks, są owszem bardzo pomysłowe i świetnie wykonane, ale zupełnie nie spełniają funkcji, którą bajki zawsze spełniały. Nie objaśniają świata. Dzieci potrzebują obrazów zakorzenionych w rzeczywistości emocjonalnej, jasnej wykładni, czym jest miłość, smutek, przywiązanie, śmierć, a nie umowności, mrugania okiem, unieważniania wszystkich poważnych kwestii.

Niedawno światowej sławy krytyk filmowy Roger Ebert, krytykując technologię 3D, pisał, że oko widza w kinie samo tworzy dla mózgu iluzję trójwymiaru, dodatkowy gadżet, który ma mu w tym pomóc, tylko wprowadza nasze zmysły w konfuzję. Analogiczna sytuacja ma miejsce w kinie dla dzieci. Cała technologiczno-fajniacka otoczka filmów odwraca ich uwagę od tego najważniejszego, próbuje narzucić im rodzaj rozrywki, na który są za małe. Zajmuje się nadbudową, kiedy nie istnieją jeszcze fundamenty.

Oczywiście i twórcy „Niani” ulegli momentami dyktatowi nowoczesności. Trochę niepotrzebnie postawili w finale na czarodziejskie fajerwerki, które przenoszą utrzymaną w realistycznej tonacji z odrobiną magii opowieść w kiczowaty Disneyland. Obroniłby się też ich film bez nieco perwersyjnej sceny z pielęgniarkami szantażystkami. Ale to drobiazgi. Z seansu pozostaje przede wszystkim wspomnienie wzruszenia dawnym urokiem „Nianii” i poczucie, że mimo ery „Avatara” kino w starym stylu ma się świetnie.